3:28:26

 

DWUDZIESTY ÓSMY KROK DO KSIĘGI REKORDÓW GUINNESSA
 

Zniknąłem gdzieś  z domu nad Wisłą – pamiętam to tak dokładnie

Ostatni poniedziałek października. October Bank Holiday – tradycyjne wyspiarskie święto państwowe  i od lat sztywny termin organizowania pewnego Maratonu. Resztką pozostawionych sił, już bez żadnych treningów spróbować połamać trzy godziny po raz trzynasty w życiu…

Maraton w setną rocznicę historycznych wydarzeń dla Wyspy...

Ostatni start 2013 roku. Tym razem Irlandia i Dublin Marathon. Dużo się o tym czytało... Chyba poza Majorami, Barceloną i jeszcze kilkoma innymi jest to Maraton,  o którym najczęściej się pisze – zazwyczaj dobrego, a najwięcej zdecydowanie o fantastycznych kibicach.

Georgiańskie kamienice w sercu Irlandii...

Chciałem poczuć to na własnej skórze i do tego zobaczyć z bliska kraj świętego Patryka i drugą ojczyznę dla tysięcy Polaków. I do tego skonfrontować moje wyobrażenia o Zielonej Wyspie z rzeczywistością… O tym czy jesteśmy już naprawdę drugą Irlandią;) Czy widać tam jeszcze skutki kryzysu, który dopadł Wyspę w 2008 roku. Zobaczyć historyczne miejsca  narodzin   Irlandzkiej Armii Republikańskiej IRA i partii Sinn Fein. Miejsca związane z rugby i futbolem gaelickim. Guinnessem i whiskey oraz oczywiście miejsca związane z fantastyczną muzyką. Począwszy od tej tradycyjnej celtyckiej, po Enya, Cranberries i Gary'ego Moora - a skończywszy na najlepszej kapeli rockowej świata U2 i Bobie Geldofie… - oby tylko nie ziścił się tytuł jego największego hitu: I don’t like Mondays – w końcu Maraton rozgrywany będzie tego dnia…

Następnego dnia kilometry miałem zamienić na mile...

W nocy zmiana czasu na zimowy. Pierwszy dzień zaczynam od razu od biegowego uderzenia… O dziewiątej trzydzieści Breakfast Run. Do tej pory brałem udział w podobnych przed maratonami w Berlinie i Amsterdamie. Motywem przewodnim śniadaniowego biegu są przeboje U2.  Chyba nikt się nie ściga. Barwny tłum z flagami wszystkich państw uczestników jutrzejszego Maratonu przemierza przez Samuel Beckett Bridge czterokilometrową trasę.  Wokół nabrzeża, doków i kanałów rzeki Liffey - po której obu stronach zbudowane jest miasto. W połowie XIX wieku właśnie stąd – z nad Morza Irlandzkiego, z zatoki Dublin (od której zresztą wzięła się nazwa miasta dub linn - w irish english znaczy to dosłownie Czarny Staw) zaczął się irlandzki  American Dream - wielka emigracja do Stanów w czasie ogromnego kryzysu.

Z Larrym Mullenem, The Edgem, Bono i Adamem Claytonem z U2...

Wracam do biegu… Cały czas, na każdym metrze słychać muzykę Bono…  Po drodze mijamy między innymi studio nagraniowe U2 i mury ciągnące się wzdłuż ulicy Windmill Lane, gdzie fani  zespołu dodają coraz to nowe graffiti irlandzkiej kapeli. Widać stąd również 02 Arenę – miejsce  wręczania  MTV Music Awards, koncertów i tego w czym od lat dominują – konkursów piosenki Eurowizji…:/ Po drodze fajny widok na Liffey i port…

Monumentalny gmach Urzędu Celnego.

Zgodnie z ideą takich biegów to nie wyścig, a zabawa – więc nie ma zwycięzców. Meta zlokalizowana jest w Centrum Wystawowym. Witają nas maskotki-klony U2 grające ich muzykę. Dostajemy po pamiątkowym t-shirt'cie i torebkę ze słodkimi upominkami. Potem można doładować jeszcze akumulatory sięgając po kolejne porcje... Fajny czas. Wszyscy rozleniwieni na wielkiej sali podziwiają pokaz muzyki i  tradycyjnego Irlandzkiego tańca ze stepowaniem.  Aż dziwne, że jutro te same osoby będą biegły ponad dwadzieścia sześć mil w ramach Maratonu. Atmosfera wspaniała!

Pokaz tradycyjnego tańca irlandzkiego ze stepowaniem.

Włócząc się po mieście odnajduję raz po raz polskie ślady…

Polski sklep przy Moore Street.
W jednej z największych sieci supermarketów czuję się jak u siebie. Na każdej kasie Polka, w sklepowych alejkach rodzimy język, do tego w głośnikach wyłapuję piosenkę Kayah...
Szukanie polskich śladów w Dublinie...

Do tego niezliczona ilość barów i starych  pubów zachowanych jeszcze z epoki wiktoriańskiej - miejsc gdzie w zatłoczonej i gwarnej atmosferze w każdym momencie dnia można skosztować tradycyjnej whiskey lub wypić pintę ciemnego piwa...

Puby są dla Dublina tym, czym kanały dla Wenecji i płuca dla biegacza…

Po południu  główny punkt dnia. Expo.  Targi znajdują się w południowej części miasta. W R.D.S. Hall, będący siedzibą Dublińskiego Towarzystwa Królewskiego. Jakieś trzy kilometry od centrum miasta - w sam raz na spacer… Zahaczam jeszcze o Stadion Narodowy, na którym gra piłkarska reprezentacja  Irlandii i jest rozgrywany tradycyjny Turniej Sześciu Narodów w rugby. Stadion jest wciśnięty między budynki mieszkalne i linię kolejową, a obszar wokół niego stanowi przeciwieństwo do błoń naszego narodowego. Zero wolnej przestrzeni – aż dziw bierze jak takiego kolosa zdołali postawić na tak wokół zabudowanej przestrzeni…

Do biura zawodów docieram bocznymi uliczkami. W Polsce smutny nastrój zbliżającego się święta Wszystkich Zmarłych tutaj atmosfera zgoła odmienna -  pomimo, że blisko dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa w Irlandii jest wyznania katolickiego…

Domy przybrane trupimi czaszkami, w drzwiach sztuczne pajęczyny, a przed nimi na schodach dynie i kościotrupy. Na słupach informacyjnych dostrzegam plakaty odbywającego się właśnie (i pewnie nie bez powodu akurat teraz) Bram Stoker Festiwalu – imienia irlandzkiego powieściopisarza i twórcy Drakuli. Obok jeszcze wisi plakat Budki Suflera, która również wpisuje się - przynajmniej wyglądem;) w klimat zbliżającej się nocy Halloween…

Pakiet odebrany!

Targi i biuro zawodów w środku wydają się ogromne. Na początku punkty informacyjne co, gdzie, kiedy. Dalej, duża mapa z trasą Maratonu i całym jutrzejszym miasteczkiem maratońskim. Prezentacja i analiza trasy. Zadawanie pytań... Fajnie - można w ten sposób rozwiać wszystkie swoje wątpliwości.

Biuro jest na antresoli – wokół targów. Wszystko sprawnie. Numer, woda i duży magazyn z informacjami o biegu i mapą Maratonu.  Koszulka ma być dopiero na mecie z medalem – ok.:) Lubię bardziej tak, niż żeby wszystko było odkryte jeszcze przed startem…

Na dole wtapiam się w kolejne stoiska. A zaczynam od tego, na czym jutro nie chciałbym skończyć… Od ściany…! Ściany maratońskiej i pamiątkowego wpisu. Dalej oficjalna witryna Dublińskiego Maratonu. Można tutaj zostawić sporo kasy na różne okolicznościowe kurtki, spodenki, koszulki i masę gadżetów.  Po przeciwnej stronie hali wyodrębnione specjalne miejsce. Z historią w tle… To izba pamięci Dublińskiego Maratonu. Wystawa pamiątek, prezentacja filmów i artykułów o Maratonie z gazet i telewizji  z całego świata. Do tego pokaz kolekcji medali na przestrzeni wszystkich edycji biegu, historyczne koszulki, numery… Wszystko w dobrej oprawie.

W środku - pomiędzy oficjalnym stoiskiem Maratonu i Muzeum prawdziwy misz-masz. Targi sportowe z masą wystawców. Szukam niespotykanych marek. Do tego poczęstunek odżywkami oryginalnych marek…Przy wyjściu pasta party. Dwa rodzaje makaronu – płatne dodatkowo.

Widok na Targi z biura Maratonu.

Docieram do Grafton Street. Mnóstwo ulicznych tancerzy wystukujących kolejne kroki jig i reel do rytmu irlandzkich starych ballad wygrywających przez lokalnych artystów. Tutaj muzykowało również U2… Dla przeciwwagi (w końcu to już tylko dwa miesiące do…) z pobliskich galerii handlowych wypływa nieśmiertelne Last Christmas… Na rogu pomnik Molly Melone – fikcyjnej sprzedawczyni, o której opowiada nieoficjalny hymn stolicy Irlandii. Będzie jednym z celów mojej pomaratońskiej sesji - a w zasadzie jej ponadnaturalnej wielkości łono, o którym rozpisują się w przewodnikach…

 

Get Back. Dublin Beatles Festival - niestety zacznie się już po moim wylocie…

A potem obraz widziany często na pocztówkach z Dublina. Ha’penny Bridge. Wybudowany w 1816 roku most, którego nazwa nawiązuje do półpensowego myta jakie na nim kiedyś płacono – nazywany jest żelaznym symbolem miasta. Teraz to miejsce zarezerwowane dla travelersów –  czyli ludzi drogi, podróżników i żebraków. Po jego drugiej stronie stoi rzeźba dwóch kobiet  – to Jędze z torbami…

Odszukuję na mieście kolejne miejsca godne uwagi. Teraz Kościół Karmelitów… W środku którego znajdują się szczątki świętego Walentego – patrona zakochanych. Zupełnie bym o tym nie wiedział, gdyby nie jakaś ulotka reklamująca Dublin, która wpadła mi do ręki na jakimś zagranicznym wypadzie…:) 

W wielu miejscach można natrafić na ślady fanów zespołu U2...

Wieczorem chcę usłyszeć prawdziwe serce stolicy… Temple Bar! Dzielnica Dublinu, której nazwa pochodzi od nazwiska Williama Templa - XVII rektora Trinity College, którego dom stał właśnie tam. Stare magazyny zaadaptowane na puby, restauracje i nocne kluby. Najmodniejszy obszar miasta - prawdziwa  świątynia barów… Za cel obieram dwa. Na początek przystawka… Pub jakich tutaj wiele. Ale wydaje mi się, że mam to niepowtarzalne szczęście zobaczyć coś wyjątkowego. Koncert unplugged jakiejś lokalnej gwiazdy coverów. Kolejne hity Muse, Oasis, King of Leon, Lennona, upewniają mnie w przekonaniu, że to był dobry wybór! I chyba nie tylko mnie, bo porywają do śpiewania cały lokal. Do tego  cudowna wersja Wake me up zespołu Avicii – to wykonanie, które banalny oryginał przebija sto razy będę pamiętał jeszcze długo… A potem - na koniec coś najbardziej w klasycznym wydaniu.  Jeden z najstarszych i najpiękniejszych… Temple Bar! Urządzony w staroświeckim stylu pub. Harfa, skrzypce, flet, celtyckie brzmienie muzyki na żywo i pinta Guinnessa w irlandzkim towarzystwie – znakomite połączenie!

Temple Bar - najmodniejszy obszar Dublina!

Niedzielna kolacja. W hostelowej kuchni tłumy biegaczy – jeszcze chyba takich nie miałem na żadnym wypadzie… - no może w Helsinkach? Kolejka do gotowania, kolejka do stołów! Największą grupę stanowią Francuzi z Dijon - z regionu słynącego na cały świat z wina burgundzkiego.  Ni w ząb się z nimi porozumieć – bo jak to Francuzi tylko po francusku:  łi, ną, ce, że ne se pa, że ne pe pa – ogólnie bardzo autonomiczni jak zwykle… Gotują makaron w dwóch ogromnych kotłach…  Zjedzą go w czystej postaci - bez ŻADNYCH dodatków! Zapamiętam ten widok na zawsze – bezcenne i przerażające...

Po kolacji rytuał wspólny dla wszystkich maratończyków, bez względu na szerokość geograficzną - sprawdzanie pogody. Plemienny obrzęd i podniecenie prawie jak z jakiegoś reportażu w Nationale Geographic…:/ Pogoda na jutro, przeklejam z internetu: Windy and rainy one again… A risk of scattered? Thunderstorms… 12 C (57 F). Zresztą tutaj pada naprawdę często…  W  praktyce sprawdza się irlandzkie powiedzenie, że:  czasami pada w tygodniu tylko dwa razy - raz przez trzy dni, a drugi raz przez cztery…!:)

Przeglądam dodatek maratoński. Tegoroczna (każda?) edycja jest pod hasłem: run like the wind… No to teraz już naprawdę wszystko jasne… Kolejne strony przewodnika. Fajnie przedstawiona jest cała Elita i historia maratonu dublińskiego. Nagrody? Za pierwsze miejsce będzie samochód. Ciekawostką są bonusy (nagrody pieniężne) dla Irlandczyków za czasy lepsze od 2:35 wśród mężczyzn i poniżej trzech godzin dla kobiet. Widełki od stu do…  dziesięciu tysięcy euro za czasy poniżej 2:09 i 2:30…!

James Joyce nadał Dublinowi ponad 200 różnych nazw, m.in.: troublin i najbardziej trafne wg mnie PUBLIN…!

Poniedziałek rano. Pobudka, w pokoju na twarzach chłopaków widać przedstartową gorączkę…  Ja wybiegam szybciej zrobić  lekkie rozbieganie i zobaczyć w spokoju, bez tłoku parę fajnych miejsc.  Mam czas do dziewiątej…

 Maratonem żyje całe miasto, powodzenia!
Wall of Fame Dublin – to musiałem zobaczyć koniecznie… gradka dla fanów muzyki przy Temple Lane South.
W Panteonie Sław irlandzkiej muzyki...

Na ścianie kamienicy portrety największych irlandzkich wykonawców. Między innymi Van Morrisona, Bono, Gary’ego Moore’a i  Sinead O’Connor, która w tym samym czasie daje koncert w Warszawie…

Nothing compares 2U…

Start z Fitzwilliam Upper Street, na której są najstarsze i najpiękniejsze kamienice georgiańskie w Irlandii!  Przed każdą z nich na schodach tłumy biegaczy z całego świat! Wspaniała atmosfera – nie bez powodu dubliński bieg nazywany jest Maratonem Przyjaźni

Robię jeszcze dłuższą rozgrzewkę – spojrzenie na przeciwko na cmentarz Hugenotów, przybyłych tu po rzeziach we Francji dokonanych przez Ludwika XIV, oby tylko dzisiaj to samo nie spotkało mnie, bo…

Do Europy puka Święty Juda… Zaczyna pustoszyć Wyspy Brytyjskie. Powoli odczuwa się to także tutaj w Dublinie, gdzie woń rozsmarowywanych maści szybko uchodzi w powietrze… Irlandzkie gazety i telewizje rozpisują się o Katji, Charlim, Wiellkim Wietrze i innych najcięższych huraganach, które przechodziły w historii przez Wyspę. Teraz ma być podobnie… Kończę rozgrzewkę i zmierzam w kierunku startu… Dociera do mnie, że nie zdjąłem długich legginsów – może być gorąco:/ Stresu dodaje fakt, ze trasa oznaczona jest w milach – a ja z przyzwyczajenia mam GPS-a ustawionego na kilometry i nie mam najmniejszej ochoty tego zmieniać…

W głośnikach jak na zamówienie na zmieniającą się pogodę The Zephyr Song Red Hotów… Ustawiam się na linii startu. Jestem w pierwszej strefie razem z Elitą i najlepszymi amatorami. Dziesięć minut po dziewiątej nastąpi start drugiej strefy, a po kolejnych dziesięciu wybiegnie ostatnia grupa. W sumie ponad czternaście i pół  tysiąca osób - z czego połowa to obcokrajowcy! Stoję w pierwszej linii na samym środku – pewnie będzie to fajnie potem widać na zdjęciach… Strzał startera i ruszamy!

Jestem na prowadzeniu… – mimo wywrotki na mokrym asfalcie na pierwszym metrze! Staram się to utrzymać jak najdłużej…

Na pierwszym planie Dublin Marathonu - za mną czternaście i pół tysiąca biegaczy...

Porywa mnie doping masy kibiców w samym centrum miasta! Po trzech trzech minutach jestem już na swoim miejscu w szeregu…:/

Tłum biegaczy na Fitzwilliam Upper Street. 

Na pierwszej mili mój hostel i Trinity College - uczelnię numer trzy na Wyspach Brytyjskich zaraz po Oxford i Cambridge. Wbiegamy na O’Connel Bridge i ulicę imienia tego samego irlandzkiego bohatera walk o niepodległość. Z przodu jeden z najnowszych symboli miasta metalowa iglica – potocznie nazywana szpilą (sto dwudziestometrowa najwyższa rzeźba świata!) powstała w miejsce kolumny Nelsona zniszczonej w wyniku zamachu przeprowadzonego przez IRA w pięćdziesiątą rocznicę uzyskania przez Irlandię niepodległości.

O’Connel Bridge na rzece Liffey.
Po lewej monumentalny gmach poczty, a po drugiej stronie pomnik Jamesa Joyce’a, autora największej powieści XX wieku… - jeszcze godzinę temu wpatrzony w czubek Szpili siedziałem na cokole u jego stóp obmyślając strategię na bieg…  

Obok Jamesa Joyce'a na O'Conell Street...

Momentami wieje bardzo mocno… Poruszamy się coraz dalej na północ, północny-zachód… Na czwartej mili wbiegamy do Phoenix Park. Największego miejskiego parku w Europie. Siedemset hektarów zielonej przestrzeni – raj dla miejscowych biegaczy i ludzi uprawiających przeróżne sporty… Spędzam tu… cztery zielone mile:)  Sielsko. Wybiegamy przez most na druga stronę rzeki Liffey (teraz jestem w najdalej na północny zachód wysuniętym punkcie Maratonu).

Na trasie mija mnie kilkoro Polaków – ale nie aż tylu, co można byłoby spodziewać się po ilości osób żyjących w Irlandii.

Punkty rozstawione są co trzy mile, a począwszy od piętnastej będą co półtora-dwie. Brak jedzenia na trasie. Jest tylko woda, a na niektórych punktach energy drink – wszystko w poręcznych dwieście pięćdziesięciomililitrowych butelkach.

Pierwsza dycha pofałdowana. Ale przeważająca część w dół…  Jest wietrznie…, ale przez ten moment akurat bez deszczu. Zresztą jak by nie było -  tutaj wieje często, nawet wtedy gdy nie zbliża się jakiś huragan…  Jest to zasługa prądu zatokowego golfsztrom i północno-zachodnich wiatrów…

Stop-klatka z Maratonu...

Dycha w 41:23 – minuta zapasu na złamanie trójki… I tutaj  obrazek typowy dla Irlandii. Spełniają się moje wyobrażenia o Wyspie i organizowanym na Niej Maratonie. Zielone pastwiska, pagórki, owce…

A potem już niemal przez cały czas – aż do centrum mnóstwo szeregowych domów w jednakowym stylu, tak charakterystycznym dla tego regionu świata…

Na trzynastym kilometrze zaczynają się pierwsze poważniejsze podbiegi… Ciągle jest nie źle. Biegnę na czas poniżej trzech godzin…

Na jedenastej mili przebiegamy przez (sztuczny?) Wielki Kanał będący odnogą Liffey.

Pomimo, że bywają miejsca na świecie gdzie jest lepsza pogoda setki kibiców na ulicach. Wątek, który przewijał się w  każdej czytanej przeze mnie relacji z tego miejsca... Cały czas nieustający doping. Do tego muzyka, halloweenowe lampy zrobione z wydrążonej dyni i barwne stroje czarownic, duchów, wampirów i innych postaci z najbardziej kultowych horrorów... Pod tym względem zdecydowanie Dublin Marathon jest w piątce najlepszych maratonów Europy – a jeśli nie, to ja takie wyróżnienie mu daję!  Powoli zataczamy półokrąg (bo Maraton poprowadzony jest trasą zbliżoną wyglądem do okręgu – niemal przez wszystkie dzielnice miasta). Od centrum, aż po te, które pewnie są sypialnią dla większości dublińczyków dojeżdżających do środka miasta do pracy… Połówkę łapię w godzinę i dwadzieścia osiem minut. Jest dobrze czasowo - ponad minuta zapasu, ale coraz trudniej fizycznie…

Na piętnastej i osiemnastej  mili na punktach odżywczych korzystam również po za wodą z żeli energetycznych. Ciągle nie ma natomiast innego jedzenia i tym jestem zaskoczony najbardziej, bo robię się coraz bardziej głodny... Z pomocą wychodzą kibice… Dominują słodkie cukierki, żelki i czekolada. Jest też piwo! Kilka razy przechodzę w marsz żeby naładować wyczerpane akumulatory. Jak zwykle w takich sytuacjach zmaga się jeszcze większy doping – a ja po prostu chcę się na chwilę zatrzymać, najeść i biec dalej… Na jednym z takich spontanicznych punktów dostaję prywatny doping! A biegnę ze swoim imieniem na piersiach i po tym biegu do swojego maratońskiego cyklu pod tytułem: Wariacje na temat dopisuję ten...  Mo Cin! Mo Cin! – prawie jak Mo Farah… 

Fani, których nie sposób nie dało się nie zauważyć...

Po drodze kolejne zielone przestrzenie, między innymi Brickfields Park i na południu Bushy i Orwell Park.  Znowu zaczyna lekko padać, ale to nic przy wietrze który momentami bardzo przeszkadza, Cały czas góra dół z niewielkimi płaskimi odcinkami… Co kilka mil specjalne punkty dopingowe firmowane przez jedną z irlandzkich rozgłośni radiowych i głównego sponsora Maratonu…

Trzydziesty kilometr. Dwa dwadzieścia sześć dwadzieścia cztery – odcina mnie zupełnie… Na niecałych dziewięciu kilometrach tracę blisko dwadzieścia minut!

Zielona Wyspa...

Dwudziesta mila… Jeszcze tylko sześć z kawałkiem… Teraz po lewej tereny Uniwersytetu Dublińskiego. To tutaj w dwa tysiące dwunastym roku Irlandczyk Colm O’Connell, misjonarz z powołania - twórca nowatorskiego systemu treningowego w bieganiu,  założyciel szkoły biegowej w Iten i  ojciec kenijskich sukcesów w bieganiu, między innymi: Wilsona Kipketera i wielu innych wybitnych olimpijczyków i rekordzistów świata, w towarzystwie Davida Rudishy otrzymał tytuł doktora honoris causa dublińskiej uczelni... Jestem wycieńczony, a widząc kolejne mijane pola golfowe można powiedzieć, że wpadam w dołek... Na szczęście już naprawdę nie daleko. Coraz bliżej centrum - cały czas w kierunku północnym. Mały most, pod spodem kolejna odnoga Liffey. Jeszcze tylko dwie mile Już blisko. Znajome miejsca. Przebiegamy obok Expo. Czas będzie masakryczny… Oby zmieścić się w 3:30… Po spożyciu na kolejnym punkcie kibicowskim wybiegam na ostatnią milę…

Teraz odwrotnie. Po prawej mój hostel, po lewej zielone tereny Trinity College. Centrum miasta –  skrzyżowanie głównych osi wschód-zachód i północ-południe. Nawrotka dookoła. Mijam dawny budynek Banku Irlandzkiego - obecną siedzibę Parlamentu. Przed głównym wejściem wartownik w ubraniu z dawnych czasów. Cylinder, frak… Takie chwile dodają kolorytu kolejnym wyjazdom… Tysiące kibiców i długa prosta do mety…  I to nieustanne hold on! Wbiegam w wygrodzoną przestrzeń oddzielającą mnie od tysięcy gardeł. Coraz więcej banerów reklamowych – niczym po każdej setce przybliżającej mnie do mety - jak na Tour de France. To jeszcze nie teraz…  Jeszcze ostatnie metry… I jest! Meta. Tłum Kibiców. Tłum maratończyków za mną i przede mną… Jeszcze w takim nigdy nie wbiegałem na metę… To znaczy brałem udział już w większych Maratonach – w trzydziestodziewięciotysięcznikach w Paryżu i Berlinie, ale zawsze byłem z przodu… A teraz? Jakaś masakra...:/

Byłem naprawdę blisko żeby zaśpiewać: I don't like Mondays...

Trzy dwadzieścia osiem dwadzieścia sześć… i tysiąc siedemsetne miejsce w generalce… - najgorzej w historii. Druga połówka od pierwszej gorsza o pół godziny! Pora wziąć się za treningi… 

W sumie dobiegnie prawie dwanaście i pół tysiąca osób…  Maraton po raz pierwszy od dwudziestu lat dubletem wygrywają gospodarze: Sean Hehir (2:18) i Maria McCambridge (2:38). Za zwycięstwa dostają po samochodzie o wartosci trzydziestu tysięcy euro… Warto wspomnieć, że ostatnimi Irlandczykami, którzy zwyciężyli tutaj byli: John Treacy dwadzieścia lat temu, a wśród kobiet słynna Sonia O’Sullivan w 2000 roku…  Rekordy trasy zostają po staremu: 2:08:33 (z 2011 roku) i 2:26:13 (z 2010 roku). Z ciekawostek warto wspomnieć że trzy lata temu, w rekordowym dla kobiet Maratonie dopiero czwarte miejsce zajęła tutaj aktualna Mistrzyni Olimpijska Tiki Gelana z Etiopii.

Parafrazując Dante Alighieriego: porzućcie wszelkie odzienie…

Nie mam chwili wytchnienia – nawet na mecie! Służby przeganiają mnie do przodu abym nie tarasował drogi dla innych. Przeskakuję przez barierki, oglądam wbiegający tłum i zanurzam się w myślach – znowu osiągam ten niepowtarzalny stan... Nirwana! Czuje się ekskluzywnie i uprzywilejowanie. Wiem, że jestem w nielicznej (ciągle nielicznej) grupie osób które biegają i to biegają najpiękniejszy dystans świata... Teraz chyba biegam właśnie dla tych kilku minut po… Jak bym palił, to pewnie właśnie w tym momencie wyciągnął bym schowane na specjalne okazje najdroższe cygaro i delektował się chwilą…

Po wszystkim parę zdjęć, wskakuję ponownie przez barierki i wchodzę w wąskie gardło prowadzące do wyjścia ze strefy Maratonu. Dostaję medal, koszulkę finiszera z długim rękawem i worek z jakimiś przekąskami.

Georgiańskie schody starych kamienic obsiedzone przez zmęczonych Maratończyków...

Nie jest za ciepło, więc na minus zaliczam depozyty pod gołym niebem – mają szczęście, że teraz nie pada... Szatnie są w namiotach. Można również skorzystać z masażu i rozciągania pod czujnym okiem instruktorów. Fajnie wypadł pomysł z poczęstunkiem właśnie w tej strefie: banany, napoje i kilka rodzajów batonów energetycznych – w momencie kiedy zaczynasz czuć, że powoli odchodzisz…   Na koniec pozostaje gorzki smak… Gorzki smak irlandzkiej kawy z mlekiem na którą daje się skusić po biegu…

Wory pod oczami nogami...
:) GeorGeor

Na koniec spacer i odpoczynek z większością biegaczy w  parku Merrion Square przy  pomniku Oscara Wilda…

Irlandia po za muzyką słynie z dobrej literatury. Pomimo niewielkich rozmiarów urodziła dla świata Georga Bernarda Shawa (jedyną w historii osobę na świecie, która po za Noblem zdobyła także Oscara!), Jonathana Swifta, Thomasa Moora, Oscara Wilda, Samulea Becketta i Jamesa Joyce’a i dzięki temu możemy czytać takie powieści jak Podróże Guliwera, Czekając na Godota, Ulisses, Pygmalion, czy Drakulę… Podobno w żadnym mieście na świecie nie napisano aż tyle… Dlatego nie dziwi mnie kolejne miejsce w którym robię pomarartońską sesję… Trinity College. Uczelnia, której absolwentami  byli Wilde, Beckett i Moore.

Niektórzy na koszulkach mają wypisane własne przeżycia...

Cofam się na trasę biegu i na pamiątkę do domu zabieram baner reklamowy Maratonu z ostatniej prostej…

Przechodzę obok okazałych budynków rządowych i kwartału, w którym jedna  budowla przebija okazałością następną: Muzeum Historii Naturalnej, Muzeum Narodowe, Galeria Narodowa, Bibliioteka Narodowa... i docieram do Parku St. Stephen’s Green – w środku którego stoi pomnik sir Arthura Guinnessa… Pamiętam z przewodnika, że gdzieś w którymś domu obok  przyszedł na świat pogromca Napoleona spod Waterloo – książę Wellington...

Pamiątkowe zdjęcie na tle irlandzkiej kamienicy...
Wracam na Grafton Street... - na główny deptak Dublinu. Nie mogło mnie tutaj zabraknać po Maratonie. W końcu to najbardziej elegancka ulica miasta. Wizytówka Irlandii - więc z medalem na piersi jak najbardziej jestem we właściwym miejscu i czasie...  Uliczna muzyka podtrzymuje mój fantastyczny nastrój. Próbuję znowu osiągnąć ten niepowtarzalny stan. Gdyby tak odlecieć... Tym razem udaje się to, ale niestety  nie mi...
Prawie jak David Copperfield...:)

Wracam na O’Connel Street… Znowu Joyce i Szpila, a najdłużej przystaje przy  pomniku  Daniela O’Connella. U jego stóp przy podstawie posągu w piersi skrzydlatej figury Wiktorii jest otwór po kuli – pamiątka po walkach z 1916 roku… 

Spire of Dublin, albo po prostu Szpila...:)

Ta część miasta jest zdecydowanie bardziej wolna od turystów, można powłóczyć  się bocznymi uliczkami, gdzie pełno małych sklepów i straganów.

Ślepy zaułek - przypomina mi te z amerykańskich filmów gangsterskich…
Przez Liffey wracam na drugą stronę miasta. Znowu Temple Bar Square.  Zrobiło się wszędzie niebiesko od maratońskich koszulek finishera... Oktoberfest! Nie wypić piwa w takim miejscu teraz, albo przynajmniej nie złapać takiej chwili w obiektyw na takim tle, po Maratonie... Swoją drogą zaglądając do środka rodzi się pytanie,  czy bieganie to zdrowy nałóg...:)
W dzielnicy Temple Bar!

A teraz kolejna ściana. Tym razem Wielkich chwil irlandzkiego sportu. Idąc tam próbowałem skojarzyć największe w historii sportowe fakty ze świata łączone z Irlandią. Oczywiście rugby i Puchar Sześciu Narodów, boks (jakoś na Igrzyskach zawsze udział Irlandczyków kojarzył mi się z pięściarzami) i słusznie…  Sprawdziłem i większość medali (dwanaście z dwudziestu trzech zdobyli w tej dyscyplinie!). Do tego trójka piłkarzy: Damien Duff, Robbie Keane i legenda Manchesteru United Roy Keane oraz jedna lekkoatletka, ale za to jaka… Sonia O’Sullivan! Legenda biegów średnio i długodystansowych. Maratonka. Mistrzyni świata i wicemistrzyni olimpijska z Sydney na pięć kilometrów.

Wall of fame irlandzkiego sportu...

Docieram do Katedry świętego Patryka. Zbudowana w dwunastym wieku świątynia stoi na najstarszym i najświętszym chrześcijańskim miejscu w Irlandii. To właśnie tutaj święty Patryk w źródle tuż obok chrzcił pierwszych Celtów…

Katedra świętego Patryka.

Ze świętym wiąże się historia powstania symbolu Irlandii – czyli trójlistnej koniczynki. To właśnie przy jej pomocy tłumaczył poganom na czym polega dogmat trójcy świętej. Jemu także Irlandczycy zawdzięczają też inną, mniej boską tradycję… picia whiskey i parady obchodzone w dniu Jego urodzin, czyli siedemnastego marca.

Przy ostatnich naturalnych promieniach światła zwiedzam wnętrza i miejsce  pochówku Jonathana Swifta – autora Podróży Guliwera.

W poszykiwaniu trójlistnej koniczynki – symbolu Irlandii…

Na sam koniec pobiegowego czasu Guinness Storehouse… - Świątynia Piwa!  

Sam browar nie jest już obecnie możliwy do zwiedzania, więc na osłodę pozostaje olbrzymie muzeum najbardziej znanego i największego producenta piwa na świecie. Znajduje się przy St James’s Gate, na zachodnich  obrzeżach centrum – w przemysłowej części miasta, wśród starych magazynów i fabryk. To najpopularniejsza atrakcja Dublinu!  W zabudowie okolicy dominuje czerwona cegła. Uroku dodaje zachodzące słońce i zabytkowe dorożki obwożące wąskimi uliczkami co bogatszych turystów… Uderzenie podków o kostkę daję fajne złudzenie klimatu z początków lat ubiegłego stulecia – a więc z okresu, kiedy użytkowano ten stary magazyn…

Przed Świątynią Piwa...

Na początek bilet, w cenie którego mam jedną pintę ciemnego Guinnessa serwowaną na mecie zwiedzania i mapkę budynku. Na pewno się przyda, aby wszystko dobrze  obejrzeć na siedmiu poziomach multimedialnej wystawy…

Poznaję historię browaru - jak to się wszystko zaczęło od roku 1759, kiedy to trzydziestoczteroletni Arthur Guinness wziął w dzierżawę za czterdzieści pięć funtów rocznie na dziewięć tysięcy lat mały browar, po jego śmierć i czasy kiedy jego syn uczynił z lokalnego piwa markę znaną na całym świecie, aż po czasy najnowsze i moment, kiedy browar przestał należeć do rodziny Guinnessów…

Na kolejnym poziomie Akademia Guinnessa.  Degustacja i prawdziwa lekcja savoir-vivre jak pić…:)  Warto było odczekać w kolejce… Dodatkowo poznajemy tajniki tworzenia piwa, któremu charakterystyczny posmak nadaje palony jęczmień.

Poziom w górę. Zwiedzania ciąg dalszy... Mnóstwo statystyk, ciekawostek i drink IQ… Potem przedstawienie najbarwniejszych kampanii reklamowych w historii browaru, ze znanym na całym świecie hasłem: Guinness is good for you. Its an illusion…

Jestem coraz wyżej!  Na degustacji Guinnessa mam zgotowany prawdziwy aplauz przez prowadzącego pokaz. Warto było tutaj odstać w kolejce dodatkowe minuty i dostać się do środka… Otrzymuję dodatkową porcję  trunku… W maratońskim stroju, z numerem startowym i medalem na szyi robię spore wrażenie na turystach z całego świata na wiadomość ile przebiegłem. Nie wyprowadzam ich tylko z błędu, że medal dostaje każdy…:) 

Do niedawna największe dobro narodowe Irlandii...

Wszystko kończy się na ostatnim poziomie starego magazynu. W oszklonych  ścianach okrągłego baru z panoramą na Dublin…

Od 1955 roku Browar promuje swoją nazwę w niekonwencjonalny, acz zdrowy sposób – publikując rokrocznie Księgę Rekordów Guinnessa...!  Spijając kremową piankę marzę o tym, że kiedyś - jeśli przebiegnę to co mam przebiec, moje nazwisko znajdzie się w Niej... Zrobiłem ku temu właśnie kolejny, dwudziesty ósmy krok…

Guinness jest dobry na wszystko...

W drodze powrotnej do hostelu docieram na dubliński zamek – jest  klimatycznie… I do tego ta historia… To tutaj przez jakiś czas pracował autor Drakuli…

Zamek widziany w środku dnia.

Wieczorem wpadam na ostatnie zakupy. Przeglądam lokalną prasę… Pełno we wszystkich artykułów na temat śmierci Lou Reeda i Tadeusza Mazowieckiego… Dwóch wielkich postaci XX wieku, które umierają w tym samym czasie. Pewnie już zawsze Dublin będziemy mi się kojarzył z Nimi…   

Wiem, że jutro rano ma być specjalny dodatek o Maratonie w Irish Independent. I rzeczywiście będzie!  Potężna wkładka, kilkadziesiąt stron (zdjęcia, wyniki, wywiady, reportaże). Robi wrażenie -  może kiedyś coś podobnego będzie i u nas po Maratonie…  Ale jeszcze większą frajdę mam z poniedziałkowej popołudniówki… Moje zdjęcie jest na drugiej stronie w The Evening Herald!

Do hostelu jak zwykle po sesji i porcji zwiedzania docieram ostatni z ostatnich… Ma to swoją dodatkową zaletę. Zawsze można wtedy zwrócić na siebie większą uwagę;)  Z medalem na piersi. Z gazetą ze swoim zdjęciem w dużym dzienniku…  - nie ma to jak dobre wejście! Robi się wtedy -  już dzisiaj po raz kolejny duże wrażenie na obsłudze, turystach, i innych maratończykach…

W koszulce finiszera przysiadam się do chłopaków z pokoju i wspólnie świętujemy irlandzki sukces… Whiskey in the jar! Nic z tych rzeczy…

Polak, Niemiec i Amerykanin w Irlandii sączący polskie piwo…!

Siedzimy do późnych godzin. Większość tak jak i ja jutro wraca do domu. Ja mam odlot przed szóstą rano wiec nie ma sensu się kłaść… Po trzeciej wychodzę z hostelu. Przystanek na lotnisko mam niemal przed drzwiami…

Po dwóch i półgodzinach lotu jestem z powrotem w Warszawie. Już w  centrum wpadam do sklepu po kefir i ciepłą bagietkę. Widzę, że nie tylko ja wracam z biegowego wypadu? Świat jest mały... Przy regale z pieczywem spotykam Antoniego Cichończuka - faceta, który niedawno wygrał walkę z nowotworem,  a teraz właśnie wraca  z brazylijskiego Porto Alegre ze srebrnym medalem  Mistrzostw Świata Weteranów w Maratonie… Poniżej trzech godzin w wieku sześćdziesięciu czterech lat!

Czasem w kolejce po bułkę można spotkać Mistrza Świata...

Ja marzę, żeby w tym wieku jeszcze po prostu żyć…

 

 
 

 

 
 

 

 
 

 

 
 

 

 
 

 

 

 

 

 
 
 
 
 

 

 
 

 

 
 

 

 
 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

 

 

 

 

 
 

 

 

 
:) 

 

 
 

 

 
 

 

 
 

 

 
 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

 

 
 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
       

       

 

     

 

2:52:04

 

TYLKO RO(C)K!
 

To miała być moja chwila. Moje pięć minut trwające trochę dłużej, bo dwie godziny trzydzieści cztery minuty i pięćdziesiąt dziewięć sekund... - a w zasadzie kilka dni, bo to miał być wyjazd nie tylko biegowy, ale również/przede wszystkim turystyczne spełnienie. Wyprawa do najdalej na północ wysuniętej stolicy świata! W miejsce z najwyższej półki z mojego prywatnego regalu z marzeniami.  Do krainy lodu – bo tak tłumaczy się nazwę tego kraju. Islandia…  Miejsce, o którym świat w ostatnim półwieczu głośno usłyszał czterokrotnie, a Polacy nawet jeszcze jeden raz więcej…- i to nie za sprawą fantastycznej natury, choć po części też… Ale po kolei… Rok 1972 i mecz stulecia o szachowe mistrzostwo świata Fisher – Spasski (w podtekście polityczne starcie gigantów USA i  Związku Radzieckiego). Po drugie pod koniec okresu zimnej wojny, gdzie ważyły się losy świata za sprawą organizowanego tutaj spotkania na szczycie Reagan – Gorbaczow. Po trzecie w 2008 roku za sprawą kryzysu finansowego, który paraliżuje całą Islandię. Upadają wtedy największe banki na Wyspie, korona traci wówczas siedemdziesiąt procent wartości, a kraj jest bliski upadku! Cztery - i właśnie tutaj przypomina o sobie natura…  Dotykam tego na własnej skórze. Rok 2010 i wybuch wulkanu o szatańskiej wysokości 1666 metrów nad poziomem morza… - nie połamać sobie języka:  Eyjafjallajokull. Następuje wtedy paraliż ruchu lotniczego w całej Europie. Obama ma pretekst, żeby nie przylecieć na pogrzeb Kaczyńskiego, a ja jestem wtedy w Kopenhadze na maratonie i mam przełożony lot…:/ I jeszcze ten piąty raz… Trochę wcześniej. Rok 2008. Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Ćwierćfinał turnieju w piłkę ręczną mężczyzn. Największy sukces sportowy w historii kraju! I to za naszą sprawą… Malutka Islandia daje nam łomot w szczypiorniaka, łamie serca kibicom, kradnie nasze marzenia o medalu i na końcu sama zdobywa srebrny medal olimpijski.

Jeszcze wzbraniam się przed użyciem tego słowa, bo nigdy nie wiem jak je napisać. Za każdym razem robię to inaczej... Rejkiawik, Reykiavik, a może Reykjawik…? Anyway. Po kolei… Zaczynamy:)

Dłuuugi lot. Niewielka ilość czasu na przesiadkę w Londynie. Fantastyczne widoki na Wyspę z lotu ptaka i w końcu po kilku godzinach ląduję na Islandii:)

Jeszcze na lotnisku, przy wyjściu z terminala poczęstunek czekoladkami i winem! Pogoda – dokładnie taka jaka panuje tutaj najczęściej. Deszczowo, wietrznie i chłodno. Zakładam wiatrówkę i rękawiczki. Szybko znajduję swój autokar do stolicy i czekam na odjazd. W środku poznaję Amy – Amerykankę azjatyckiego pochodzenia z Los Angeles, dla której to ostatni punkt półrocznej podróży po Europie i Afryce. Okazuje się, że będziemy mieszkać w tym samym schronisku. Super! Opowiada mi o swoich przeżyciach na Czarnym Lądzie. O wolontariacie w Tanzanii, pobycie w RPA, podróżach po Europie: klasycznie Paryż, Rzym, Wenecja, …Kraków. Największe wrażenie robi na mnie jednak wejście tej niedużej istoty z ogromnym plecakiem na Kilimanjaro. Wow! Zdjęcia fantastyczne… Wiem, że będę miał kiedyś podobne z tego samego miejsca…  Ale na razie Islandia…

Podróż z Keflaviku mija więc bardzo szybko. Po drodze pierwsze urzekające obrazy, kolejne krople deszczu, surowość klimatu, wszechogarniająca pustka, wulkaniczny krajobraz i tylko co jakiś czas mijające nas samochody. Po godzinie jazdy docieramy do obrzeży „wielkiej” aglomeracji. To jeszcze nie stolica, a Hafnarfjórdur – wielu pewnie może sobie połamać język już na samą myśl o tej miejscowości - ale ja znam ją doskonale z czasów kiedy jeszcze żywo kibicowałem Legii, a ta grała o Ligę Mistrzów z „Wieśniakami”.

Zwarty i gotowy... Na miejscu!

Z głównego terminala autobusowego przesiadam się w mały busik, który jest w cenie biletu zakupionego jeszcze w Polsce. Ma one za zadanie porozwozić wszystkich do konkretnych miejsc  – pod same drzwi! Hostel znajduje się w starym magazynie dawnej fabryki ciastek - to zdecydowanie górna półka tych, w jakich do tej pory byłem. Przestronne pokoje, ogromna kuchnia i mnóstwo darmowego jedzenia. Do tego bar i potężny loft, który służy jako wspólna sala dla wszystkich i  która każdego wieczoru zamienia się w miejsce koncertów i spotkań lokalnych grup artystycznych. 

W pokoju po za mną, ludzie z całego świata – większość, tak jak ja w pojedynkę. Cele podróży przeróżne.  Ale przeważa model z wypożyczeniem samochodu i objazdem całej Wyspy. Największe wrażenie robi na mnie chłopak z Ukrainy – Jurij,  który właśnie skończył trzytygodniowy objazd Wyspy na rowerze! Moje wielkie marzenie – jeszcze przed czasów maratońskich…  Naładowany pozytywną energia i emocjami, ale zupełnie zrujnowany materialnie i sprzętowo – kończył wyprawę w takim stroju. Patent na deszczową i wietrzną pogodę i brak suchych ubrań znany nie tylko jemu – w podobny sposób tego lata chroniąc się przed ciągłymi opadami deszczu jeździliśmy rowerami po Szwecji…

Jurij po dotarciu do celu swojej trzytygodniowej podróży dookoła Islandii!

Biuro  maratonu znajduje się obok Stadionu Narodowego w Laugardalschool Sports Hall. Szybki odbiór pakietu. Na pamiątkę czerwona techniczna koszulka i kurtka z logo maratonu. Trzydziestą edycję maratonu uświetnia spotkanie z zaproszonymi gośćmi: dyrektorem Berlińskiego Maratonu Horstem Milde oraz prezydentem  AIMS – Paco Borao. W pakiecie po za koszulką, numerem startowym i obszernym folderem informacyjnym maratonu trzydniowy karnet  na wszystkie baseny termalne w Reykjaviku! Wypytuję jeszcze bez powodzenia o elitę biegu, trasę, jutrzejszą pogodę i wychodzę. Postanawiam tego dnia nie szaleć. I po lekkim zwiedzaniu m.in. Stadionu Narodowego, wybrzeża i osiedlowych uliczek wracam do hostelu. Najważniejsza regeneracja po długiej podróży i koncentracja przed biegiem. Przeglądam islandzką gazetę Frettabladid z dużą wkładką o maratonie. Studiuję trasę i profil maratonu. Obmyślam taktykę, branie żeli, tabletek na skurcze, etc…

Junior College - miejsce moich ostatnich chwil spędzonych przed maratonem...

Pobudka standardowo trzy godziny przed startem. W Polsce dopiero 3:40! Prysznic, świetne maratońskie śniadanie: świeżutkie pieczywo, duży wybór wędlin (pycha chorizo), serów, jogurtów, musli. Na deser jeszcze tutejszy specjał – markowe herbatniki z hostelowym logiem, aparat i na start… Maraton skandynawskim zwyczajem odbywa się w sobotę – jednak w odróżnieniu do  Helsinek, czy Sztokholmu  start jest  o 8.40, a nie jak tam - po południu.

Laekjargata - główna ulica miasta, w tle brama startowa maratonu.

Pogoda dokładnie taka jaka kojarzy się z Islandią…:/ Jeszcze w takiej nie biegałem maratonu… Siedem stopni Celsjusza – odczuwalna blisko zera, do tego deszcz  i wiatr trzydzieści pięć kilometrów na godzinę. Będzie ciężko…  Na takie warunki rezygnuję z sesji przedstartowej z aparatem… Rezygnuję również z truchtania. Za przebieralnię służy nam budynek szkoły MR – Junior College… W środku bardzo tłoczno – chyba wszyscy uczestnicy festiwalu biegowego zamiast rozgrzewać się na zewnątrz czekają tutaj do ostatniej chwili na start… Postanawiam się dobrze porozciągać i wychodzę w ostatnim momencie. Już nie ma odwrotu. Za ciężko trenowałem przez ostatnie osiem tygodni, aby teraz zdezerterować…

Już nie ma odwrotu...

Robie jedną krótką przebieżkę do placu Laekjatorg, gdzie stoi pomnik założyciela Rejkiawiku – Ingólfura Arnarsona i to wszystko…

Mam świadomość, że w taką pogodę będzie ciężko o bardzo dobry wynik. Ale warunki są takie same dla wszystkich – cel jest jeden: podium w 30 edycję maratonu! Dodatkowo nakręca mnie fakt, że w ten weekend prawie wszyscy Islandczycy zjeżdżają się do stolicy na mnóstwo imprez i festiwali organizowanych w ramach święta Nocy Kultury. Chyba nie będzie już takiego miejsca na Ziemi, gdzie na żywo  może mnie oglądać ponad dziewięćdziesiąt procent Narodu…! Ustawiam się w pierwszej linii, obserwuję zawodników obok mnie. Z rozmów wychodzi, że jest ośmiu - dziesięciu chłopaków na 2:35 - 2:40. Razem z nami biegnie również ponad dwa tysiące półmaratończyków. Dziesięć minut później wybiegnie najliczniejsza grupa tego dnia w biegu na dziesięć kilometrów – ponad sześć tysięcy osób. Jest po za tym jeszcze Ekiden, wózki, i fun run na trzy kilometry. W sumie we wszystkich biegnie ponad czternaście tysięcy osób!

Brama startowa znajduje się na głównej ulica miasta Laekjargata - w ścisłym centrum. W dzielnicy 101 Reykjavik o najbardziej znanym kodzie pocztowym na całym świecie -  rozsławionym dzięki filmowi i książce o tym samym tytule. Wszystko co najważniejsze w tym mieście znajduje się stąd na wyciągnięcie ręki. Start. W głośnikach U2 i Beautiful Day… Zaczynam pierwszy! Długa prosta. Po lewej i prawej budynki rządu, prezydenta, ratusz, teatr. Po drugiej jeziorko Tjórnin i skręcamy w prawo.  Po drodze mijamy wielkie betonowe gmaszysko Uniwersytetu.

Ramię w ramię, bark w bark na pierwszym podbiegu...

Na pierwszym kilometrze od razu mocny podbieg. Zostawiamy za sobą jeden z symboli miasta – majestatyczny, osłonięty szczelnie chmurami Hallgrimskirkja. Do przodu wychodzi dwóch półmaratończyków. Ja trzymam się w około ośmioosobowej grupie. Zerkam na kolory numerów startowych, aby wiedzieć kto biegnie połówkę, a kto cały dystans. Trzymam się Amerykanina i Norwega - chłopaków z którymi rozmawiałem przed startem.

Na pierwszym planie dwójka najszybszych półmaratończyków, a dalej moja grupa walcząca o podium w maratonie. W tle Hallgrimskirkja.

Biegnie się dobrze fizycznie, ale warunki pogodowe dają nieźle w kość.  W zasadzie cały czas w twarz. Uciekam chłopakom z grupki, którzy postanawiają chyba biec na 2:40… To zupełnie mnie nie interesuje. Kolejne kilometry cały czas sam. Na dziesiątym mam minimalną stratę na docelowe 2:34:59. Z obserwacji wychodzi, że biegnę na trzecim miejscu… Przede mną tylko Islandczyk i Amerykanin, który chwilę po tym jak ja urwałem się od grupy zrobił dokładnie to samo, a potem jeszcze mi poprawił:/ Po lewej zatoka Faxaflói i zasłonięty chmurami widoczny tylko u podstawy szczyt wulkanu Esja… Mijam drugi symbol  miasta -  nowoczesną rzeźbę  w kształcie łodzi wikingów nazywaną Sólfar albo po prostu „słoneczny podróżnik”. Taaa, nazwa pasująca idealne do panujących tutaj warunków…:/ Przebiegam obok swojego hostelu...

Na dwunastym kilometrze „mniej więcej” w połowie drogi między USA i byłym ZSSR przebiegam obok kultowego domku Hófdi. W 1986 odbył się tu słynny szczyt rozbrojeniowy  Reagan – Gorbaczow, będący początkiem końca okresu zimnej wojny. Niestety nie jest udostępniany do zwiedzania. Biegnę już  w rękawiczkach. Na piętnastym kilometrze pierwszy z czterech najtrudniejszych podbiegów na trasie – ponad dwuipółkilometrowy. Na osiemnastym  po lewej w oddali wyspa Videy – miejsce, które będę bardzo chciał zobaczyć po biegu. Znajduje się tam świetlana wieża. Tryskający z wnętrza  ziemi potężny słup światła  „Imagine Peace Tower” – zbudowana z inicjatywy Yoko Ono pamięci Johna Lennona instalacja, która każdego roku pomiędzy dziewiątym października, czyli  urodzinami Johna i ósmym grudnia, czyli datą jego śmierci w niebo tryska strumieniem światła – a zapala go zawsze Yoko. Byłem pewien że świeci przez cały rok, ehhh…

Dziewiętnasty kilometr  – drugi (najtrudniejszy ze wszystkich) podbiegów na pofałdowanej trasie. Około półtorakilometrowy.  Nie liczę tutaj w opisach wszystkich podbiegów i zbiegów – a skupię się na tych najbardziej wchodzących  w nogi…

Ciągle mocno pada i wieje.  Chwila odpoczynku na zbieg i kolejne podbiegi – mniej więcej takiej samej długości… Ostatni z wielkich jest przed dwudziestym piątym. Najgorsze już za mną...  Pamiętam jeszcze o mniej więcej trzech trudnych wzniesieniach na dalszej części trasy – ale już jednak zdecydowanie łagodniejszych… Asfalt, kostka, magma. Dużo odkrytej przestrzeni.  Biegniemy przez tereny lotniska wojskowego – dawnej bazy amerykańskiej. Tutaj wieje masakrycznie… I pada, ciągle pada… Biegnę już zdecydowanie po obrzeżach miasta.  Mijam plażę geotermalną Nauthólsvik – dogrzewaną przez cały rok  do temperatury trzydziestu – trzydziestu pięciu stopni Celsjusza i wodą o temperaturze dwudziestu stopni – przydałoby się choć przez chwilę…. Mam już zgrabiałe dłonie i nie mam siły wyciągnąć żela… Biegnę zupełnie sam nikogo przede mną.  Kilkadziesiąt metrów za mną chłopaki z miejsc cztery – dwanaście. W paru miejscach nie wiem jak biec, bo nie widać namalowanych na asfalcie strzałek oznaczających kierunek biegu…

Zatoka Faxaflói - w oddali latarnia morska Grótta.

Biegniemy teraz po najdalej na północny zachod wysuniętych terenach półwyspu należącego do granic miasta. Mnóstwo wolnej przestrzeni, traw, skał magmowych. Przede mną latarnia Grótta, a po obu stronach Ocean Atlantycki. Gdzieś tutaj na tych wodach pływała sobie Keiko - znana z filmu Uwolnić Orkę… Biegniemy wzdłuż brzegu ścieżką rowerową. Wieje jak cholera. Na szczęcie jest tu płasko, ale coraz trudniej trzymać mocne tempo. Powoli ucieka mi nie tylko życiówka, ale i podium. Poddaje się… A zaraz potem umiera także mój GPS.. Tracę go już na zawsze… Sześć wspólnych lat, tysiące przebiegniętych razem kilometrów, ehhh… szkoda…. )Przegania mnie wagonik pędzący na 2:40 - na czele z poznanym na linii startu Norwegiem. Spada motywacja i koncentracja. Mam już więcej czasu na podziwianie widoków, zbieranie myśli… Wpada mi do głowy jedyny słuszny pomysł na tytuł na tą relację: Tylko ro(c)k! Gra słów: rock i rok, czyli idealnie oddające to, co tutaj mnie spotkało…:/ Rock, czyli skała –  określenie trafnie oddające tereny po jakich biegnę i rok..., czyli jedno z określeń jakie Islandczycy mają w powszechnym użyciu na wiatr…

Ostatnie kilometry. Już coraz bliżej celu. Już po nawrotce na końcu półwyspu. Jedyny około czterokilometrowy płaski odcinek maratonu… Teraz po jednej stronie zatoka, po drugiej jezioro Bakkatjórn i osiedla islandzkich nowoczesnych, kolorowych domków. Na dachach prawie każdego z nich ogromne panele słoneczne i wielkie okna wyłapujące każdy bezcenny na tej szerokości geograficznej promień słońca. Przed domami terenowe samochody z kołami sięgającymi mi po szyje! Ostatnia trójka. Kręcimy się już blisko centrum. Ciężko będzie znaleźć się w dziesiątce – zresztą zupełnie mnie to już nie interesuję. Miałem zupełnie inny cel… Przebiegam przez Stary Port, zapach ryb..., obiegam nowoczesną salę koncertową Harpa i jestem na Laekjargacie. Ostatnia długa prosta... Spiker zapowiada moje dobiegnięcie! Przemoknięty. Zmarznięty. Bez życiówki. Bez podium. Ale szczęśliwy…  2:52:04 i 11 miejsce. W ogóle fajna sprawa - cała nasza pierwsza jedenastka pochodzi z dziewięciu różnych państw! Prawdziwy tygiel narodowościowy! Do trzydziestego kilometra walczyłem o podium. Pierwsze miejsce było po za zasięgiem od początku: 2:33:49. Drugie dawało 2:36:44. Ale trzecie było jak najbardziej do zdobycia… 2:39:18…  Wystarczyło tylko nie ryzykować, biec w szerokiej grupie na 2:40 i przyspieszyć na końcówce… Pewnie jest tysiąc lepszych miejsc na Ziemi na to żeby bić rekordy, ale z drugiej strony jest tylko jedna taka stolica na świecie – tak daleko wysunięta na północ – kto nie ryzykuje ten…  i tak dalej…

2:52:04...:/

Na mecie medal, brawa kibiców. Spotykam Eddiego Amerykanina, który w tych warunkach nabiegał 2:36 i zajął II miejsce! Norweg, który przejechał po mnie jak  walec na trzydziestymsiódmym kilometrze był piąty… Na mecie dostajemy pyszne słone bułeczki i… lody! Ale z tych ostatnich teraz jeszcze zrezygnuję:) Temperatura ciągle taka sama, co chwilę pada deszcz i wieje – a wkoło wielu  Islandczyków posila się lodami! Do tego prawie nikt nie ma parasola, a niektórzy są nawet  na krótki rękaw! Zahartowany Naród:/ Jest mi zimno. Przydał by mi się teraz islandzki sweter z owczej wełny… Pani z biura maratonu proponuje mi, abym poszedł z Nią do miejsca przeznaczonego dla organizatorów. Dostaję kawę z mlekiem i mufiny. Do tego okrywa mnie kocem i powoli dochodzę do siebie.  Później wracam na metę i poznaję dziewczyny z Projektu Polska. Anię, która robiła zdjęcia na portal Projektu oraz Klaudię, która biegła połówkę oraz parę innych osób z Polski biegnących tak jak ja maraton i ich support, między innymi: Marlenę, Agatę i  Mariusza…  Postanawiamy razem fetować sukces w jakimś islandzkim barze racząc się tutejszym piwem Viking. Wspólne rozmowy, dzielenie się wrażeniami. Dla mnie kończy się wszystko fatalnie – tracę swój aparat, który nie chcący spada na podłogę…:(  

Projekt Polska na Islandii.

Na mieście wiele śladów i zapowiedzi organizowanej rokrocznie od piętnastu lat Nocy Kultury i tego  wszystkiego co będzie się za chwilę działo. Tysiące ludzi wychodzi na ulice, place, przed swoje domy i wspólnie się bawi. Tradycyjne pokazy, happeningi. Otwarte galerie, atelier, sklepy, restauracje, bary i …kościoły. Wpada mi w oko plakat zapowiadający koncert Brodki w Harpie – najnowocześniejszej hali koncertowej na Islandii:) Ale ja mam inne plany. Wybieram się w tym samym czasie przed Harpę na koncert zespołu grającego mroczną islandzką muzykę etniczną. Połączenie folku z elementami elektroniki i akustyki. Świetne, czyste brzmienie! I do tego jakaś aura – niepowtarzalne!  Dobra przystawka na wieczór i noc pełną atrakcji… Klimatu dodaje fakt, że jestem zupełnie sam tak daleko od domu… Na Grenlandię stąd jedynie 280km…!

 

Polski wkład w islandzką Noc Kultury 2013.

Pogoda trochę zmieniła się na lepszą i zamiast pójść do hostelu, postanawiam wykorzystać to i zaszyć się w uliczkach pełnych kolorowych domków – zupełnie takich samych jak z opowiadań skandynawskiej pisarki Astrid Lindgren. Docieram do Hallgrimskirkja – symbolu miasta. Z siedemdziesięciopiętrową wieżą widokową widoczną z każdego miejsca w Reykjaviku. Ze szczytu obraz na całe miasto i zatokę. Tutaj przypomina mi się to co wyczytałem z przewodnika: w Islandii głową kościoła jest urzędujący prezydent. I tak się obecnie złożyło, że na jego czele stoi osoba… niewierząca. Zresztą w ogóle na Islandii obowiązuje wolność i tolerancja pod wieloma względami. Niektórzy przyznają się podobno nawet do wierzeń w pogańską religię wikingów.  To tutaj w 1980 roku po raz pierwszy na świecie  głową państwa zostaje kobieta, a w 2009 roku premierem – również po raz pierwszy na świecie zadeklarowana lesbijka. Przed katedrą spotykam grupę rekonstrukcji historycznej z Einheriar Viking Club. Ludzi, których pasją jest odwzorowywanie pierwotnego życia Islandczyków i walk wikingów. W zasadzie całość teamu stanowią obcokrajowcy – w tym osoby z Polski. W taki sposób poznaję Darka i Olę. Fantastyczne osoby. Początek znajomości zaczyna się od tego, że:  …dostaję od Nich aparat fotograficzny! Jestem zaskoczony. W końcu znamy się chwilę – a oni oddają mi swój kompakt, słysząc moje zmartwienie. Dostaję odpowiedz:  że to tylko rzecz, a jeśli Tobie ma się przydać to niech Ci służy…! Przed katedrą pomnik Leifura Erikssona – odkrywcy Ameryki! Tak – to on, a nie Kolumb (który zresztą, jako członek załogi jakiegoś statku był w 1477 na Islandii) pierwszy dotarł do Ameryki ok. 1000 roku…

Wchodzimy razem do Katedry. Darek opowiada mi o całej grupie. Postanawiam wjechać na górę wieży, z której rozpościera się fantastyczny widok na cały Reykiavik i okolicę. Potem wchodzę do środka na koncert chóru. Bardzo chciałem usłyszeć coś podobnego w oryginalnym języku Islandzkim – języku, który od XII wieku nie wiele uległ zmianie! Islandczycy mogą więc z powodzeniem czytać swoje stare sagi w oryginale! Nie mieliby również problemu z dogadaniem się ze swoimi przodkami z przed tysiąca lat! Czy ktoś z  nas zrozumiał by dziś coś z Kadłubka, albo Reja w oryginale? Po za tym dbają, aby nie było zapożyczeń i naleciałości z innych języków.  „Nie znają” więc takich słów jak telefon, czy komputer. Duża w tym zasługa ogromnych odległości od innych stałych lądów, długowiecznej izolacji wyspy w przeszłości oraz silnej tradycji. Wspólne śpiewanie psalmów przez dzieci i rodziców i dziadków. Gitara, fortepian - niepowtarzalny klimat. Jeśli mógłbym to do czegoś porównać to do starych amerykańskich filmów i scen z kościołów, gdzie ludzie w podobny sposób spędzali niedzielne popołudnia – tylko, że tutaj wszystko jest na żywo! Usiadłem na podłodze i ja tam po prostu odpłynąłem… Po każdej pieśni można wyjść na środek i śpiewać będąc w centrum uwagi. Na początek i na koniec brawa dla otuchy. Nie wiele ma to wspólnego z tym co jest u nas w świątyniach: zero przepychu, surowy wystrój wnętrz, brak złotych klamek, posągów, świecidełek i całego tego śmiesznego kiczu... Nawet nie wiem czy były tam jakiekolwiek symbole religijne! Ludzie spotykają się tam dla bycia razem i robienia czegoś wspólnie. Po takim przeżyciu można inaczej spojrzeć na wszystko…

Fotka z Jónem Helgim Pórissonem, Łotyszem  z urodzenia – Wikingiem z zamiłowania...
W schronisku gorąca kąpiel pomaratońska, a potem jeszcze bardziej gorąca hostelowa czekolada. Przez chwilę można sfolgować i nie trzymać tej szaleńczej diety… Dowiaduje się, że przed moim oknem będzie organizowany jeden z trzech największych koncertów tego wieczoru…
Okno na podwórze...

Ale ja mam znowu inne palny. Jestem umówiony z Polonią w Harpie na kolejną atrakcję – tym razem koncert bardziej klasyczny. Poznaję kolejne osoby – większość z nich jest bardzo zaangażowana w kulturę i razem tworzą tutaj wspomniany wcześniej „projekt polska”.

Na koncercie w Harpie.

Po drodze do Harpy idę głównym deptakiem miasta. Wszędzie wystawy, teatry uliczne – adaptacje sag i pokazy tradycyjnych tańców. Witryny sklepowe zamieniają w sceny muzyczne, występy „małych” artystów. Kobiety wystawiają przed domami stoły i częstują swoimi specjałami: ja skuszam się na gofry z tranem, a w innym miejscu ciastem z gorącej blachy. Potem jeszcze konieczna wizyta w Islandsbanki – szukam kantoru i trafiam do banku w którym dzieje się to samo…! Mogę zapomnieć o wymianie waluty, ale mogę skorzystać z poczęstunku i posłuchać recitalu fortepianowego…

 Bankastraeti - główny deptak miasta.

W Harpie poznaję kolejne osoby z Projektu - w tym maratończyków. Dookoła mnóstwo Polaków wychodzących z tego samego budynku z koncertu Brodki. Jesteśmy tam już  po Islandczykach drugą nacją na Wyspie i  stanowimy czterdzieści trzy procent wszystkich imigrantów! To podobno pierwszy taki raz w historii, aby w jednym miejscu spotkała się niemal cała islandzka Polonia! My wpadamy na chwilę na  inny koncert  wykonywany przez Islandzką Orkiestrę Symfoniczną, który jest w tym samym ogromnym budynku. Potem wszyscy się rozchodzą, a ja i Darek zwiedzamy miasto. Kolejną zaletą Nocy Kultury jest to, że można oglądać za darmo muzea i inne obiekty publiczne. Darek oprowadza mnie po kolejnych miejscach: wpadamy między innymi do 101Rejkiawik oraz do Muzeum Narodowego na Sudurgata, gdzie odbywa się koncert jazzowy. Po drodze opowiada o historii Wyspy, codziennym życiu tutaj, o równowadze między pracą i czasem wolnym przeważającej większości mieszkańców Islandii. O zaangażowaniu wielu ludzi w różne projekty na rzecz innych,  o wysokim socjalu  i w ogóle o tym, że mają jeden z najwyższych standardów życia na świecie. O tym: że mimo,  iż  Wyspa liczy kilkaset tysięcy mieszkańców drukuje się mnóstwo książek i jest tu największy procent ich publikacji przypadających na jednego mieszkańca na świecie. O tym, że jest wiele teatrów, klubów, etc… O tym ze prawie każdy na Wyspie ma jakąś pasję, o tym że ludzie pracują w zgodzie z naturą, bezkonfliktowo - i pewnie też przez to są obok Japończyków najbardziej długowiecznym narodem świata! O tym, że Wyspa za kilkanaście lat ma być całkowicie wolna od ropy naftowej i czerpać całą energię tylko z odnawialnych źródeł! O tym, że wszyscy są wobec siebie równi - że wszyscy są na Ty. Nawet największe gwiazdy i osobistości Islandii mają status jak każdy inny: Bjork, premier, prezydent, czy były gracz Chelsea ( i zwycięzca Ligi Mistrzów w barwach Barcelony) - największy piłkarz wywodzący się z tego kraju Eidur Gudjohnsen, albo trzy Islandki, które na przestrzeni kilku lat w ostatnim czasie zdobywały koronę Miss World! Słucham o tym,  że w zimę doświetlają się lampami,  ze późno zaczynają każdy dzień pracy - aby jak najbardziej wykorzystać naturalne promienie słoneczne, że prawie wszyscy dużo podróżują, o kinematografii…, o Polakach którzy tutaj żyją.  Etc… Fajnie dowiedzieć się czegoś innego w superskompensowanej formie od chłopaka, który siedzi na co dzień w kulturze tego miasta i gościł u siebie między innymi polarnika Marka Kamińskiego i himalaistę Leszka Cichego! Dzięki Darek i Olu za wszystkie informacje i za aparat - mogę przez to zatrzymać tamte chwile na dłużej…

Plac Ingólfstorg.

Około północy w niebo strzelają fajerwerki - mimo nie najlepszej pogody, ale to chyba nikomu tutaj nie przeszkadza…

Na głównym placu miasta na Laekjargata jam session w najlepsze...

Na śniadanie Skyr – reklamowany w każdym przewodniku. Nie bez powodu… Pycha! Przez cały wyjazd spróbuję chyba wszystkich dostępnych smaków. To mieszanina odtłuszczonego mleka i śmietany z cukrem. Dzisiaj w planie wyjazd bliżej natury w miejsca niesamowite… Golden Circle – Złoty Krąg!  - jeden z najbardziej aktywnych sejsmicznie obszarów świata!

Coca - cola Skyr - to jest to!

Urzekają widoki. Księżycowy krajobraz. Do tego fiordy, góry, mchy i wrzosowiska. Na ogromnych przestrzeniach stada koni i owiec. Pola kopczyków z kamieni zbudowanych przez człowieka i domki kryte darnią… - bajka! Przydrożne skrzynki na listy niczym żywcem wzięte te ze Stanów z Alabamy, czy Kentucky… Po drodze jeszcze posiadłość Halldóra Laxnessa – laureata literackiego Nobla.

Potem cel jednego z najważniejszych momentów  całego mojego wyjazdu na Islandię: Kanion Almannagja - stanąć jedną nogą na kontynencie Europejskim, a drugą na Amerykańskim… Uskok tektoniczny, gdzie nachodzą się – a, w zasadzie odsuwają się od siebie (średnio dwa centymetry rocznie)  dwie płyty kontynentalne. To dlatego to miejsce jest obok Japonii i obszaru Iranu, Turcji i Pakistanu najbardziej aktywnym sejsmicznie obszarem świata! Warto tutaj dodać ,że jedna trzecia całej lawy, która wydobyła się w historii świata pochodzi właśnie stąd, a Islandia jest jednym z najmłodszych lądów naszej planety! Średnio co pięć lat następuje tutaj erupcja wulkanu, o trzęsieniach ziemi nie wspominając…

W 2004 roku Narodowy Park Pingvellir wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To historyczne miejsce dla całej Wyspy – ale o tym za chwilę. Do tego piękne położenie, w pobliżu największego jeziora Islandii – Pingvallavatn…

Kanion Almannagja.

Miejsce,  gdzie historia spotyka się z naturą. Święte miejsce dla całego Narodu. Właśnie tutaj od 930 roku odbywały się nieprzerywanie do 1798 roku zgromadzenia islandzkiego parlament Athling. To w tym miejscu około tysięcznego roku zapadła decyzja o chrystianizacji Wyspy,  a w 1944 roku podjęto tutaj decyzję o  niezależności od Danii i ogłoszeniu niepodległości.

Flaga na skale prawa „Lógberg” .

Miejsce,  gdzie historia spotyka się z naturą. Święte miejsce dla całego Narodu. Właśnie tutaj od 930 roku odbywały się nieprzerywanie do 1798 roku zgromadzenia islandzkiego parlament Athling. To w tym miejscu około tysięcznego roku zapadła decyzja o chrystianizacji Wyspy,  a w 1944 roku podjęto tutaj decyzję o  niezależności od Danii i ogłoszeniu niepodległości.

Widok na Pingvallavatn – największego jeziora na Wyspie!

Próbuję jagód,  a potem wody z krystalicznego źródła. Zresztą jeśli kiedykolwiek będziecie na Islandii, to bez żadnej obawy można pić ją z każdego miejsca, z każdego kranu!

Geysir!

Kolejne niesamowite przeżycie! To właśnie od jego nazwy  weszło do powszechnego użytku na całym świecie słowo „gejzer” – oznaczające wybuchające źródło lub po prostu erupcję.  Wielki Geysir uaktywnił się w 1294 roku, a ostatnia jego erupcja miała miejsce w 1909 roku…

Cała wyspa ma aż sto pięćdziesiąt wulkanów! Szacuje się, że w ciągu ostatnich pięciuset lat ze wszystkich islandzkich kraterów wydostała się ilość lawy, która jest równa połowie pozostałej ze wszystkich innych erupcji w tym okresie na całym świecie!

Odkrywam kolejne magiczne miejsca. W wielu na powierzchnię wydobywa się bulgoczące błoto, a zbocza ożywających co parę lat kraterów Sódi, Smidur, Litli Geysir, czy Littli Stokur pokrywa świeża lawa, spod której wydostają się opary związków siarki. W skalnych szczelinach coś syczy i bulgocze... Można również natknąć się na wulkany błotne – oczka kipiącej mazi. Spacerując w pobliżu, trzeba  zachować szczególną czujność, bowiem w wielu miejscach nieostrożny krok grozi wpadnięciem do gotującego się błota…

Wdrapuję się na pobliski  szczyt, żeby zobaczyć całą okolicę z innej perspektywy. Poznaję tam  dziewczynę z Alaski – z Anchorage. Uwagę moją zwraca jej dziwny chód – „typowy postmaratoński chód schodowy”. Oczywiście mam rację… Reykjavik Marathon:) Świetny wynik coś w okolicy trzy trzydzieści. Przyleciała tutaj sama na maraton lecąc nad biegunem północnym – a teraz na dokładkę wypożyczyła sobie auto i robi samotny objazd wyspy!

Gejzer Strokkur – największy czynny gejzer Islandii.

Znajduje się w dolinie Haukadalur. Wybucha co pięć – dziesięć  minut, wyrzucając z głębokości jednego kilometra spod ziemi na wysokość trzydziestu metrów słup wody o średnicy trzech metrów  i  temperaturze dwustu stopni Celsjusza.  „Kocioł” strzela od dziesięciu tysięcy lat! Jest atrakcją turystyczną od XVIII wieku. Obecnie pobudza się go do częstszych eksplozji dodając do wody kawałki mydła…

Wodospad Gullfoss – gdzieś tam w oddali czapa lodowca Langjókull i inne największe lodowce Europy…

Złoty wodospad – najbardziej znany islandzki cud natury… Druga obok Geysira ogromna atrakcja Biskupstungur. Znajduje się na rzece Hvita i ma trzydzieści dwa metry wysokości i siedemdziesiąt metrów głębokości.  Dookoła wszechogarniająca pusta przestrzeń, ciemne niebo i momentami przerażająca mnie siła i potęga natury…  Nie chce mi się wracać…

Włócząc się po mieście można natknąć się na takie widoki jak te za mną. Stary wyeksploatowany samochód, a w środku osoby żądne przygód. Nie liczy się wygoda, ale przeżycia. Nawet nie pytałem – bo dla mnie odpowiedz jest oczywista robią objazd Wyspy. W środku jakieś beczki, palniki, jedzenie, sprzęt wspinaczkowy…

Adventure Team of Explorers - Iceland 2013:):) 

Odkrywam kolejne miejsca. Przypomina się berliński Kreusberg...

Święta prawda…

Na islandzkim, który przypomina średniowieczny język staronordyjski obcokrajowcy mogą sobie połamać języki. Dużo łatwiejsza jest sprawa z nazwiskami, których nie trzeba dukować – gdyż w powszechnym użyciu są tutaj imiona… Wracając do nazwisk są one patronimiczne, tzn. tworzy się je  od imienia ojca - dodając do niego końcówkę son lub dóttir. Podobny model jest w użyciu w Rosji (choć tam do patronimika dochodzi nazwisko). Tak więc, jeśli mężczyzna imieniem Magnus ma syna Jona i córkę Kristin, nazywają się oni Jon Magnusson i Kristin Magnusdóttir:) Islandka wychodząc za mąż nie zmienia nazwiska patronimika. Zatem matka tych dzieci nazywa się zupełnie inaczej! Proste i zrozumiałe prawda:) A teraz coś jeszcze wyczytane w przewodniku: kiedy typowa islandzka rodzina (model 2 + 2) wyjeżdża na zagraniczne wakacje i melduje się w hotelu wzbudza zazwyczaj zdziwienie…: matka, ojciec, syn i córka – każde ma inne nazwisko!

Oryginalność języka islandzkiego jest już atrakcją samą w sobie...

Prince polo - podobno Islandczycy uważają ten produkt i Coca colę za swoje… Darek wspominał mi o tym,  jak to się zaczęło z szałem na czekoladowy wafelek na Wyspie. Przywożono go tutaj z Polski statkami już w latach osiemdziesiątych -  jeszcze nie w tych opakowaniach które znamy dzisiaj,  ale w zwykłych papierowych i ludzie szaleli za tym,  jak po tak długiej podróży czekolada rozpuszczała się i przywierała do niego – myśleli że to był zamierzony cel, a to po prostu skutki uboczne długiej podróży, często w nienajlepszych warunkach…

Ja oczywiście nie skusiłem się na Prince polo -  a tym bardziej na Colę, której nie piję w ogóle. I choć jak to kiedyś powiedział islandzki zdobywca literackiej Nagrody Nobla: ogólnie rzecz biorąc bycie Islandczykiem sporo kosztuje (to najdroższy kraj świata obok Nowej Zelandii),  to nie sposób popróbować oryginalnych produktów, które są dostępne tutaj i nigdzie indziej na świecie!  Oczywiście Skyr, hot dog „pyl sur”  to podstawa, Ale też na przykład coś a la chipsy, czyli suszona ryba Bitafiskur – dla mnie numer jeden ze wszystkiego, co  próbowałem na Wyspie. Kolejna rzecz to Flatkókur – żytnia ”maca?” i Skonsur oraz hit przewodników gnijące mięso rekina Hakarl… Do tego piwo Viking i mnóstwo świetnych słodyczy. Ja polecam batony Hraun, Ris, Draumur i czekoladowe kulki Hris Sukkuladi oraz przepyszną islandzką czekoladę Sirius w ekologicznym opakowaniu – świetna na prezent… A na koniec jeszcze porcję islandzkich lodów…

Najlepsze miejsce do robienia zakupów ze względu na cenę, a Islandia  jak już wspomniałem należy do najdroższych miejsc na Ziemi,  to bez wątpienia sieć sklepów Bónus*, a nocą całodobowe 10/11 i 11/11.

*PS. Jedna z sieci w swoich toaletach umieściła po polsku i po angielsku napisy mniej więcej  takiej treści: „Kliencie anglojęzyczny: nie wnoś produktów do środka! A pod spodem już po polsku: Kliencie nie wynoś ich…!;)”

Prince polo. Islandzki przysmak „narodowy”.

Pierwsze rozbieganie po maratonie. Grzechem byłoby nie skorzystać i nie pobiegać mając na wyciągnięcie ręki  księżycowy krajobraz.

Dyszka na pustyni, czyli trening w pięknych okolicznościach przyrody…

Kto uwielbia samotność, tutaj poczuje się jak w raju…

W sercu natury.  

Ostatni sztywny i obowiązkowy punkt z mojej listy ”zobaczyć koniecznie”. Coś, czego nie mogłem przegapić będąc na Islandii! Sztuczny cud natury… „Produkt uboczny” powstały przy okazji wykorzystywania energii geotermalnej z pobliskiej elektrowni Svartsengi. Jest to wypompowywana z wnętrza ziemi, z głębokości dwóch kilometrów zmineralizowana woda o temperaturze  dwustu czterdziestu stopni Celsjusza… Przetwarzana jest na energię elektryczną i zaopatruję w ciepło stolicę.  W samej Lagunie ma już stałą temperaturę  czterdziestu stopni i wiele właściwości leczniczych – dlatego ma status uzdrowiska. Niestety bardzo drogiego...

Błekitna Laguna.

Parująca woda w połączeniu z chmurami, pojawiającymi się przebłyskami słońca,  kamienistym wybrzeżem i błękitnym odcieniem wody daje cudowny, rajski pejzaż. Do tego mnóstwo atrakcji wokoło: bar, sauna sucha i mokra - w której mam okazję przebywać pierwszy raz w życiu,  masarze, bicze wodne, a do tego jeszcze algi, błoto… Spędzam tutaj prawie cały dzień. Na zewnątrz temperatura poniżej dziesięciu stopni -  w wodzie cudowna czterdziestka…  Nie przeszkadza deszcz, chmury, ani wiatr…

Sztuczny cud natury…

Wracając z Laguny do Reykjaviku mijam kolejne ciężarówki - które są najlepszym środkiem transportu na pokonywanie islandzkich bezdroży. Choć na mnie większe wrażenie robiło mijanie na pustej, pagórkowatej drodze (tylko dwadzieścia pięć procent wyspy leży poniżej dwustu metrów nad poziomem morza), w deszczu, przy porywistym wietrze  samotnych rowerzystów z sakwami upchanymi do granic możliwości,  przemierzającymi bezkres Islandii w poszukiwaniu kolejnych doznań. Podobno rdzenni mieszkańcy uważają przyjeżdżających tutaj na rowery za masochistów…

Ciężarówka – najpewniejszy sposób na penetrowanie Wyspy.

Ostatni dzień wyprawy postanawiam spędzić w Reykjaviku.  Korzystam z bezpłatnego talonu na baseny geotermalne, który dostałem na Expo. Do tego wracam ponownie w ciekawsze miejsca miasta oraz te, które zaciekawiły moją uwagę podczas pokonywania maratonu.

Niewątpliwie w samym centrum największe wrażenie robi na mnie Stary Port. Skorodowane łodzie, stare kutry rybackie, zapach ryb, ogromne kontenery, zdewastowane hale i mariny…

Stary Port – miejsce z duszą…

Włóczę się po mieście, między innymi obok kultowego domku, w którym spotkali się Gorbaczow z Reaganem oraz bywały inne, wielkie osobistości z Churchillem i  Marleną Dietrich na czele. Zaliczam bar, o którym ostatnio bardzo głośno w islandzkiej prasie i telewizji za sprawą  hot doga, którego kupił tutaj Clinton - porywające doznanie, które pewnie odciśnie piętno na całe moje życie…:/

Typowe skandynawskie budownictwo.

Zwiedzanie takich miejsc - jak to poniżej, to chyba moje zamiłowanie wyniesione z rodzinnego domu…   Im jest starszy,  bardziej ponury i przerażający tym lepiej… Ten pewnie jeszcze większe wrażenie robi nocą, gdy konary  drzew zatrzymują ostatnie promienie światła na starych pokrytych  mchem nagrobkach.  Będąc u siebie, czasem po zmroku robię  nekrotrening - przebiegając przez las obok cmentarza, gdy obok mnie nie ma żywej duszy…

Cmentarz  Sudurgata –  podobno najbardziej zalesione miejsce na Islandii!

Za każdym razem wychodząc ze schroniska towarzyszy mi widok na pobliską, oddaloną o kilka metrów zatokę Faxaflói… I w sumie nic w tym dziwnego. Rejkiawik – to „zatoka dymów” od pary unoszącej się nad gorącymi źródłami. Założycielem miasta był Ingólfur Arnarson, który pradawnym wikińskim zwyczajem zbliżywszy się do lądu wyrzucił za burtę pal ze swojego krzesła by założyć osadę tam,  gdzie życzeniem bogów drewno zostanie wyrzucone na brzeg... Znaleźli je po trzech latach poszukiwań…

Widok na zatokę Faxaflói – w tle schowany w chmurach wulkan Esja…

Wow – parafrazując nazwę islandzkich linii lotniczych tak najkrócej można podsumować mój wypad w to odległe miejsce północy, choć ten kciuk (jak na zdjęciu niżej), bardziej powinien być ułożony w pozycji neutralnej albo w górę, ale to był odruch chwili – zaraz po maratonie…, bo biegowo jednak chyba przegrałem. Ale to nie było moje ostatnie słowo w tym miejscu… Ułożyłem mocne i to nie tylko duchowe podwaliny pod następny wypad. Zebrałem mnóstwo materiałów, map, przewodników, kontaktów i informacji do następnej - już znacznie dłuższej i poważniejszej wyprawy w to miejsce – marzy mi się objechać samotnie całą Wyspę rowerem…  

Odlot...!

Wciąż nie wiem na co mnie stać. Było wiatrowe Skopje, był wichrowy Reykjavik – kusi Warszawa…,  (w której z perspektywy czasu wiem, że wrócę pokonany…).  Czyżby do trzech razy sztuka? A teraz siedzę w Londynie i czekam na przesiadkę do Polski. Zaczynam pisać ten pierwszy akapit (który w mojej Relacji  będzie ostatnim…). Zostało jeszcze trochę czasu do odlotu. Funciak na wodę,  kolejne dwa na coś do jedzenia i może zacznę pisać następny  wers jeszcze z tego miejsca. Jest tyle do opowiedzenia…

PS. To był mój ostatni maraton…*

 
Londyn - ósma zero pięć...

*24 sierpnia 2013 roku przebiegłem maraton w Reykjaviku – ostatni z serii organizowanych w stolicach Krajów Nordyckich. Tym samym po Helsinkach (2009), Kopenhadze (2010), Oslo (2010) i Sztokholmie (2012) skompletowałem Skandynawskiego Wielkiego Szlema!

 

 

 

 
 
 
 
       
       

 

     

 

4:29:14

 

 

KOMBINACJA ALPEJSKA
 

Atmosferę zbliżającego się wyjazdu w Alpy poczułem na początku maratońskiego tygodnia. Zbieg okoliczności sprawił, że Polscy kopacze mieli grać wtedy towarzysko z Lichtensteinem. Postanowiłem obejrzeć ten spektakl/?/ i a nóż czegoś się dowiedzieć o miejscu do którego miałem się wybrać. Oczywiście nie znałem żadnego zawodnika, do tego komentarz Szpaka…, więc jasne – niczego nowego na pewno w ten wieczór się nie dowiem.

Na dworcu kolejowym lotniska w Zurichu.

W czwartek pakowanie plecaka i następnego ranka wylot w Alpy na LGT Alpin Marathon. Lecę do Zurichu, a stamtąd pociągiem do granicy z Księstwem i dalej autobusem do Schaan – miejsca mojego zakwaterowania.

Obraz zza szyb.

Dwie godziny podróży z miasta bankierów do Liechtensteinu wynagradzają mi widoki przez okno. Nie wiele ma to wspólnego z PKP i np. centralną magistralą kolejową… Po lewej jezioro zurychskie, po prawej Alpy… Wow! Droga poprzecinana wąwozami, tunelami. Na jeziorze, które ciągnie się przez kilkadziesiąt kilometrów pełno jachtów, łodzi, kajaków. Wzdłuż jeziora ścieżki biegowe i dużo joggerów:) W s-bahnie zaczepia mnie siedzący obok Szwajcar i dopytuje o cel podróży. Uśmiecha się i podchwytuje temat. Jego żona biegnie jutro w Bernie w maratonie przeznaczonym tylko dla kobiet. Dostaję namiar na organizatora (podobno w planach mają maraton dla wszystkich) – super! W końcu to stolica, więc informacja jak najbardziej dla mnie:)

Cel podrózy osiągnięty!

Przesiadka na autobus w Sargans i po półgodzinie jestem u celu podróży. Szybkie logowanie w hostelu (jest kilka osób na maraton – w tym jedna w moim pokoju), spóźnione śniadanie i ruszam w miasto, które wielkością jest porównywalne do mojej Pilawy, tylko trochę bogatsze jakoś tak… i samochody trochę lepsze dookoła… i w sklepach trochę drożej..., no i odrobinę ładniej położone (z każdej strony góry, na jednym ze zboczy zamek) – a tak zupełnie jak w domu:)

Vaduz.

Zaczynam od biura informacji turystycznej – ale tu brak zaskoczenia. Nie dostaję żadnych nowych informacji o Vaduz, po za tym to co sam znalazłem wcześniej. Zresztą Vaduz ma mało atrakcji – ale to sobie odbije na maratonie i w niedzielę w Zurichu. Wychodzę więc na główny plac miasta (pełno tu Słowaków, którzy tego dnia grają o punkty do mistrzostw świata z Liechtensteinem). Naprzeciwko ratusz (wchodzę do środka, ale tam remont – więc nie uda się zobaczyć miejsca, gdzie mieszkał przez jakiś czas Goethe). Kolejne atrakcje są w bardzo małej odległości od siebie. Kolejno: parlament, muzeum sztuki i muzeum narodowe. Największe wrażenie robi na mnie gotycka katedra św. Floriana. Na koniec zostawiam sobie muzeum znaczków pocztowych – czyli coś z czym każdemu (ale nie mi) kojarzy się to Księstwo - każdy turysta (skośnooki w szczególności) musi zrobić sobie zdjęcie w tym miejscu i kupić na pamiątkę kartkę ze znaczkiem i stemplem z tego miejsca.

Katedra św. Floriana.

Odpuszczam sobie tę przyjemność i wracam do hostelu. Po drodze chcę zobaczyć jeszcze jeden z najważniejszych punktów z mojej listy – książęcą winnicę Hofkeleerei. Udaje się wejść do środka! Choć miejsce nie powala na kolana, to jednak warto zobaczyć, popróbować i na koniec kupić oryginalny trunek opatrzony książęcą etykietą. Potem jeszcze tylko market i zakup piwa z lokalnego browaru i na Expo!

Słodko-gorzki.

Korzystam z komunikacji (która jest rewelacyjna – autobusy są najwyższej klasy), do tego czytelny rozkład jazdy do wszystkich miejsc w księstwie (teraz sobie przypominam historię z Grecji, gdzie ni cholery nikt nie potrafił odczytać o której mamy autobus!:/). Postanawiam nie kupować biletu. Wiem, że będę korzystał jeszcze nie raz tutaj z komunikacji i w ten sposób zaoszczędzę trochę grosza… Wystarczy wejść drzwiami nie od kierowcy i tyle. A po za tym w tak bogatym społeczeństwie pewnie nie istnieje coś takiego jak instytucja kanar…

Przystanek Vaduz Schaan (Muhleholz).

Biuro jest kilka kilometrów od Vaduz w miejscowości Bendern. Stąd jutro będzie ruszał maraton. Dojeżdżam na miejsce. Jakaś rzeźnia! Dosłownie… Biuro mieści się w budynku zakładów mięsnych (co czuć) – jednego z głównych sponsorów maratonu. Na zewnątrz dwa namioty ze sprzętem sportowym. Ciuchy oryginalne, ale ceny też:) Odbieram pakiet. W środku numer, chip, trochę zaproszeń na UTMB, Zermatt i Jungfrau. Do tego talon na metę. Za mną w kolejce niewiele osób – wszystko idzie bardzo płynnie. Odwracam się… Marco Buchel! Medalista mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim. Jedno z trzech skojarzeń , które w sposób oczywisty narzucają mi się na myśl o Liechtensteinie (pozostałe to: marka Hilti i klub FC Vaduz) Pamiętam jego zaciętą rywalizację na stoku z Hermanem Maierem. A teraz będzie rywalizował ze mną! To jego drugi raz. Wcześniej biegł tylko w Nowym Jorku.

Z Adamem Małyszem Liechtensteinu.

Wracam do hostelu. Trochę regeneracji, coś do jedzenia i studiowanie jutrzejszej trasy… W telewizji finał kobiet Rollanda Garrosa. Dochodzą kolejne osoby – w tym grupka dziewczyn zza naszej południowej granicy… Pracują przy obsłudze wyjazdu piłkarskiej reprezentacji Słowacji. Dostaję propozycję: mamy wolne bilety i możesz iść z nami na mecz! Chwila zastanowienia… Ok.! Przed dwudziestą wchodzę na Stadion Narodowy i zarazem klubu FC Vaduz. Jedynego profesjonalnego w całym Liechtensteinie – czterdziestokrotnego zdobywcy pucharu kraju. Klubu, który regularnie gra w europejskich pucharach (tzn. w eliminacjach…), a kilka lat temu grał nawet w pierwszej lidze szwajcarskiej. Jestem świadkiem wjazdu na stadion Książęcej Pary! Jestem tutaj jeden dzień, a już widziałem trzy spośród pięciu najbardziej znanych osób! Brakuje jeszcze tylko, abym spotkał sławne narciarskie rodzeństwo Wenzlów (Hanni – która zdobyła pierwsze olimpijskie złoto dla Liechtensteinu i jej brata Andreasa, mistrza świata) i można wyjeżdżać…

Martina (z prawej), ja i jej dwie koleżanki z biura reprezentacji Słowacji.

Na stadionie piknikowa atmosfera – jedynie w moim sektorze, gdzie siedzą najbardziej zagorzali fani naszego południowego sąsiada nie cichnie doping nawet przez chwilę. Wychodzą piłkarze. Hymny… Zaraz..., zaraz! Czy to nie gra Anglia? Liechtenstein ma łudząco podobny hymn do God save the Queen… Ale pierwsze kopnięcia wyprowadzają mnie z błędu – to na pewno nie jest Anglia… Słabo się to ogląda, kolorytu dodają jedynie kibice i niektóre przyśpiewki.  A język ich mnie rozbraja… Do tego procenty i zabawa w pełni… Trzeba przyznać, że piłkarze Liechtensteinu przegrywają (bo zazwyczaj przegrywają) w pięknych okolicznościach przyrody: z trzech stron góry i widok na zamek,  a z innej dodatkowo jeszcze rzeka Ren. To chyba na osłodę…:) Następuje konsternacja! Liechtenstein prowadzi! Sektor cichnie. Postanawiam ich zachęcić: „Nic się nie stało! Słowacy nic się nie stało!” – ale to chyba za trudne. Ale nie odpuszczam. Podłapują za to: „Ruszcie d...! Ruszcie d…!:)” Przez chwilę prowadzę doping gości… Czy to idzie na żywo w Waszej telewizji? – pytam. Tak…  No to nie źle… Słowacy grają fatalnie i stać ich tylko na wyrównującego gola. Jestem świadkiem jednego z największych – jak nie największego sukcesu tego kraju w piłce nożnej! Do tej pory za taki uchodziły (sprawdziłem) zwycięstwa nad Litwą i Islandią, a teraz to – i to w meczu o punkty! Pewnie latami będą to wspominać jak my remis na Wembley, albo zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim!

Na pierwszym planie piłkarze i główna trybuna Stadionu Narodowego, w tle Alpy i zemek (po prawej).

Jeszcze tylko kolacja, trochę żalu Słowaczek i spać. Jutro maraton… Wstaję o szóstej. Śniadanie – szwedzki stół. Pełno serów, wędlin i warzyw. Do tego ciepłe pieczywo.  Po siódmej na autobus i w drogę na start do Bendern. Maraton – niczym skandynawskim zwyczajem odbywa się w sobotę, ale w odróżnieniu od na przykład Helsinek, czy Sztokholmu start jest rano, a nie po południu. Po raz drugi w moim bieganiu maratonów start i meta nie będą w tym samym miejscu. Ba, nawet nie w tej samej miejscowości! Pierwszy i jedyny raz doświadczyłem tego wcześniej biegnąc z Maratonu do Aten. Dodatkowo ani start, ani meta nie są w stolicy kraju – jedynie kilka kilometrów przebiega przez stolicę, która jest moim celem samym w sobie.

Sesja przedstartowa.

Robię standardowo sesję przedstartową i ustawiam się w pierwszej linii.  W tym samym czasie co dla  maratończyków będzie też start półmaratonu plus (wynika to z tego, że do pokonania jest jakieś cztery kilometry więcej niż zwykle).  Obok mnie Patrick Wiser – faworyt do zwycięstwa. Zaczynamy na wysokości czterystu czterdziestu metrów nad poziomem morza. Nie biegnę na wynik, więc spróbuję przynajmniej pokazać się na pierwszych kilometrach i jak najdłużej prowadzić stawkę… Potem z racji mojego małego doświadczenia w lataniu po górach ma być lajtowo – tzn.: nerka  z pełnym zapasem wody, aparat w dłoni, do tego nieprzyzwyczajone do takiego biegania moje czworogłowe i jak najwięcej zabawy – taka oto moja kombinacja alpejska na bieg, gdzie różnica wysokości będzie wynosiła tysiąc osiemset siedemdziesiąt metrów....

Za chwilę będę już na prowadzeniu...

Pierwsza dycha po płaskim. Trochę szutrów -  więcej asfaltu. Krajobraz niczym żywcem wzięty z Mickiewicza: łany zboża i kwiaty, a do tego góry, ptaki i Ren po prawej stronie (dalej jest już   Szwajcaria). Dobiegamy do Vaduz. Kontroluję prędkość na jednej z tablic ustawionych wzdłuż trasy. Jest szybko – 15km/h. Przebiegam przez główny plac miasta, wzmaga się doping. Po drodze jeszcze  betonowe schody do pokonania i kierujemy się w stronę zamku na pierwsze wzniesienie… Od razu bardzo długie.

Na punkcie kontroli prędkości.

Mijamy zamek i kończy się asfalt. Teraz już do końca (z małymi wyjątkami przez małe wioski) będziemy biec po miękkim podłożu. Za mną fantastyczna panorama Vaduz, a w tle Szwajcaria. Robi się coraz ciężej i coraz cieplej.

Zamek.

Wychodzi mój brak doświadczenia w bieganiu pod górę. Mijamy kolejne wsie. Dopingują nas mieszkańcy i spore grupki turystów. Do tego winnice, góralskie domki. Przede mną Austria i zaśnieżone szczyty Alp. Odległości między kolejnymi biegaczami robią się coraz większe – a widoki coraz piękniejsze. Samotność i do tego natura, natura, natura! Jedynie dźwięki wydobywające się z dzwonków zawieszonych na krowich szyjach informują mnie, że nie jestem tu sam.  Super, że trafiłem na idealną pogodę na turystyczne bieganie.

Potem będzie już tylko piękniej...

Widoki po horyzont! Jestem przed połówką. Łapie czas. Nie jest dzisiaj najważniejszy, ale jest dobrze. Wysokość już tysiąc trzysta metrów nad poziomem morza.  Dobiegam do Ziel. Tutaj jest meta półmaratonu z plusem. Ogłuszający doping! Ładuję akumulatory. Uzupełniam nerkę. Chwila wytchnienia. Potem zaczyna się mocny zbieg. Ciężko się to robi nie mając dobrej techniki:/ Mijam kolejne strumyki. Słońce nie źle daje. Na punktach co trzy – pięć kilometrów wyhamowuje do zera: woda, cola, izo plus do tego owoce i batony energetyczne. Na trzydziestym pierwszym zaczynam najcięższy podbieg na trasie. Serce czuję jak dochodzi do gardła. Cztery kilometry cały czas ostro pod górę! Korzystam z każdej możliwości i ląduję w wodopoju dla zwierząt – tzn. drewnianym korycie z krystalicznie czystą wodą! Trzydziesty piaty kilometr – osiągam najwyższy punkt na trasie: tysiąc siedemset siedemdziesiąt metrów nad poziom morza.  Pod nogami już śnieg… Nade mną słonce… Bajka! Przeżycia nie do opisania, a do zobaczenia… - za garść franków!

Blisko 1800m.n.p.m.

Wybija czwarta godzina biegu. To znaczy, że będzie to najdłuższy maraton od mojego debiutu. Ale nie ważne. Dla takich widoków… Chwilo trwaj! Ostatnie kilometry. Wysokość: to spada, to znowu gwałtownie wzrasta (ale przeważają juz zbiegi). Widać już kotlinę i Malbun (1600m.n.p.m.). Piękne położenie… W niecce i zabójcza zieleń dookoła…

Malbun.

Została jeszcze czwórka… Słychać z dołu spikera i widać finiszujących zawodników. Okrążamy zboczami kurort i na pohybel ostatnie dwa kilometry aż do mety -  już cały czas w dół… Tracę szybko wysokość. Oby tylko nie nabawić się dekompresji;) Przedostatni zakręt i jeszcze jeden – chyba się zmieszczę na zakręcie…  Zapowiada mnie spiker. Marcin Soułska – Poland! Meta! 4:29:14! Brawa, zdjęcia i zamiast medalu kamień od Swarovskiego… Do tego koszulka finishera  i masa jedzenia dla szybkiego odbudowania straconych kalorii. Na bogato!

Moje pięć minut:)

Biorę tradycyjnego krautwursta  i piwo i lody na deser i delektuje się chwilą… Czekam na dekorację. Spiker ogłasza czas zwycięzcy: 3:03… Trzy! Zero! Trzy! Na takiej trasie! Kosmos! Nie było po drodze wyciągów, bo bym nie uwierzył… Zostaję do końca  imprezy i wracam special busem do Vaduz. Kręcąc się po serpentynach wpadam na pomysł obiegnięcia całego państwa! W końcu to niecałe osiemdziesiąt kilometrów… Takie małe ultra… Może kiedyś…

Relax, take it easy...:).

Po przyjeździe zaglądam jeszcze do muzeum narciarstwa i sportów zimowych. Oglądam m.in. sprzęt na którym Hanni Wenzel zdobyła historyczny pierwszy złoty medal dla Liechtensteinu. Mijam teren Uniwersytetu  i bocznymi uliczkami kieruje się w stronę hostelu. Urzekają winnice prawie na każdej posesji, do tego najnowsze modele samochodów i czystość! Wszechogarniające dbanie o porządek i ład! Są w tym chyba najlepsi na świecie! Jeszcze tylko jeden moment, który zapada mi w pamięć: chłopak, dziewczyna i przejażdżka główną ulicą stolicy państwa zachodnioeuropejskiego wymytym i wypolerowanym  i pewnie wypachniałym ze skórzanym fotelem dziko czerwonym ciągnikiem…

Droga na Zamek.

Mam trochę dosyć tych pięknych widoków, ale jutro wyjeżdżam i postanawiam odpocząć w schronisku w takich okolicznościach przyrody:

Na terenie mojego schroniska.

Po śniadaniu oddaje klucz. Dostaję na recepcji trochę miejscowych słodyczy i ruszam w drogę powrotną. Po drodze jeszcze Zurich i jeden cel: wychodząc z dworca na miasto zrobić zdjęcie i minę niczym Duńczyk w Vabanku… (mam je!).

Zurich - Dworzec Główny.
Potem jeszcze do biura informacji turystycznej  i cały dzień na zwiedzanie miasta.
Limmat.

Starówka, mnóstwo fontann i kranów (z których można  pić wodę), wąskie uliczki wokół rzeki Limmat i na koniec odpoczynek nad jeziorem zurychskim.

W drodze na stare miasto.
Nie udaje mi się tylko dotrzeć na stadion lekkoatletyczny, gdzie w latach dziewięćdziesiątych była rozgrywana słynna Golden League…
Jezioro Zurychskie.

Wracam na domu i uświadamiam sobie, że byłem z Zurichu i nie widziałem żadnego banku… Klapa.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
 
       

 

   

 

 

     

 

3:18:06

 

JULIA I JA
 

Na dwa tygodnie przed Skopje chciałem koniecznie przebiec jakiś maraton i w ten sposób zrobić przetarcie przed głównym startem na wiosnę. Ciężko mi się mobilizować na dłuuugie latanie na treningach – dlatego od czterech lat w ten sposób postępuję… Dla większości, mój patent jest nie do przyjęcia – ale najważniejsze, że u mnie działa to idealnie.

Baner reklamowy maratonu.

Miałem do wyboru trzy miejsca na popełnienie maratonu w tym terminie: jedno krajowe i dwa zlokalizowane trochę dalej. Z tych dwóch ostatnich żadne zdecydowanie nie na życiówkę – ciężkie, pagórkowate trasy, ale w sam raz na turystyczny wypad i treningowe bieganie.  Szybko zapada decyzja – Kijów! (gdyż na drugi kierunek nie mogę znaleźć fajnych ofert lotniczych), a do naszych sąsiadów mam aż dwie interesujące opcje do wyboru: jedna bardzo korzystna, druga jeszcze bardziej – ale wiąże się to z ryzykiem (przewoźnik zza naszej wschodniej granicy ma duże problemy finansowe i istnieje prawdopodobieństwo, że w tym terminie może zawiesić loty i zostanę na lodzie…). Po kontakcie z liniami, które nie daję gwarancji decyduję się ostatecznie na pierwsze rozwiązanie.

Kram na kijowskim Montmartrze.

Teraz jeszcze tylko zbieranie materiałów, robienie formy (ale na Skopje) i dogrywanie ostatecznego planu wyjazdu. A ma wyglądać to tak: Kijów plus Maraton plus na koniec Czarnobyl!

Ławra Peczerska - symbol miasta (widziana moimi oczami tylko z daleka...).

Dolatuję do Kijowa. Zdecydowanie cieplej niż w Polsce. Szybko namierzam autobus z lotniska do centrum. Wsiadam w skybusa. Kupuje bilet u kierowcy ze złotym zębem i już nie mam wątpliwości gdzie jestem! W środku ukrop i zero nawiewów. Przez czterdzieści pięć minut jazdy wypłukuję całą wodę z organizmu. W radio ukraiński rock, a za szybą… No właśnie? Trudno powiedzieć co, bo myte były chyba ostatnio za Kuczmy:) Ale kupuję ten wschodni klimat, ludzi i wszystko co wokoło w stu procentach! Oby jak najwięcej odkryć pamiątek po tamtej epoce… To jest to!

Przed głównym Dworcem Kolejowym.

Przesiadka przy dworcu kolejowym w metro i po kwadransie melduję się na miejscu. Nocleg mam w samym sercu miasta – na Majdanie. W miejscu, gdzie rozgrywały się główne wydarzenia Pomarańczowej Rewolucji! Na początek formalności  i duże rozczarowanie. Nici z wypadu do Czarnobyla:( Dowiaduję się, że trzeba to organizować i zgłaszać zdecydowanie wcześniej. Można próbować jeszcze jakoś inaczej na własną rękę, ale na to nie jestem do końca przygotowany:(  Oki. Zamiast tego musi wystarczyć wizyta w kijowskim Muzeum Czarnobyla…

Majdan.

Postanawiam na początek odebrać pakiet startowy. Pięć minut spacerkiem i jestem na Placu Michałowskim. Jutro będzie tutaj start i meta maratonu. Świetne miejsce! Z historią w tle – tuż przy Monasterze Świętego Michała, gdzie najprawdopodobniej miało miejsce pierwsze spotkanie rodziny carskiej z Rasputinem. Obok pomnik Ofiar Wielkiego Głodu – moje skojarzenie No1 z Ukrainą. W bliskiej komitywie inne ciekawe obiekty. Do tego bruk i pagórkowate położenie. Dobrze, że jutro ma być lajtowe bieganie…

Kopuły Cerkwi Sofijskiej.

Biuro jest niewielkie. Wszystko w miarę sprawnie: uśmiech, numer, chip, mapka maratonu, koszulka (ku pamięci ofiar bostońskiego maratonu), jedno stoisko z butami i to wszystko.  Żadnych past, żadnych innych wydarzeń związanym z maratonem.

Plac Michałowski (za mną biuro maratonu i dzwonnica Monasteru Św. Michała).

Zostawiam w pokoju pakiet i na miasto! Na Plac Niepodległości (Majdan) i dalej na Chreszczatyk – główną ulicę miasta – która w weekendy zamienia się w wielki deptak. Takie kijowskie połączenie Marszałkowskiej i Nowego Światu...

Po maratonie schudłem! Słowem przywiozę do kraju parę kg obywatela mniej: A gdyby tak każdy wracał do kraju ze stratą paru kilo, byłoby nas mniej coraz!

Pełno tu ulicznych grajków,  wróżek i innych ludzi wyrabiających przeróżne rzeczy. Rozbraja mnie kobieta u której za parę kopiejek można się zwarzyć… Obok jakieś zawody na drążku i masa innych rozrywek…

Kto wytrzyma dłużej...

Na tej samej ulicy ogromne miasteczko namiotowe ludzi walczących o uwolnienie Julii Tymoszenko. To zdecydowanie nieustająco od miesięcy temat najważniejszy w każdym kanale telewizyjnym i we wszystkich dziennikach ukraińskich. Postanawiam spróbować dostać się do środka.  Jest łatwiej w momencie, kiedy mówię, że jestem z Polski. Jeden ze starszych mieszkańców obozowiska oprowadza mnie po namiotach. Jest tu wszystko! Ludzie mieszkają tutaj z całym dobytkiem.

Miasto w Mieście.
Miło wspominają Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego i Wałęsę za Pomarańczową Rewolucję i ostatnie wizyty mające na celu złagodzenie represji i uwolnienie  pięknej Julii…  Wychodzę naładowany energią. Jej twarz z plakatów będzie mi towarzyszyła na każdym kroku przemieszczania się po mieście. Na moich oczach tworzy się historia…
Za tymi banerami znajduje się miasteczko protestacyjne.

Wracam w stronę Majdanu, kupuję kwas chlebowy i do jedzenia deruny (coś a’la nasze placki ziemniaczane) i werenyky (ogromne pierogi z różnym nadzieniem – ja wybrałem te na słodko)  i zostaję tutaj do późnego wieczora. Jest świetny klimat. Mnóstwo kapel chodnikowych i nie pędzących za niczym ludzi. Przekrój muzyczny: od  ludowej i dalej przez Omegę, Floydów, Dire Straits i Beatlesów, a na ukraińskim rock-u skończywszy. Nie chcę mi się wracać do hostelu. Przegania mnie dopiero deszcz…

Uliczny grajek na Chreszczatyku.

Noc  hardkorowa! Moja jedynka - ściana w ścianę z hostelową windą i śpię dopadkami…  Na śniadanie tosty, przypinam jeszcze numer, wrzucam statyw do plecaka i na sesję przedstartową:)

Pomnik Przyjaźni Narodów Radzieckich.

Plac Niepodległości, Pomnik Przyjaźni Narodów Radzieckich, Chreszczatyk. Ale najbardziej lubię takie obrazki jak ten poniżej. Niczym z Koterskiego (pamiętacie?): Stary! To ja tu kur… na deszczu moknę, wilki jakieś…:)

Nic śmiesznego.

Dalej kopia Pałacu Kultury i Nauki i na koniec creme de la creme: Pomnik Samego Towarzysza Lenina!

Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Start z pierwszej linii. Blisko mnie znany z polskich tras Ukrainiec Starodubcev (będzie tego dnia drugi). Jestem na prowadzeniu…  Ale szybko odpuszczam. Mam zrobić dłuuugie wybieganie (na 3:10 – 3:20) , a z takim początkiem może być to trudne…  Mamy zrobić dwa okrążenia.  Po drodze punkty odświeżania - co pięć kilometrów, ale na taka pogodę to zdecydowanie za mało. Biegnie się ciężko. Jest ciepło, a do tego cały czas góra/dół. Góra i dół i jak by tego jeszcze było mało dochodzi tragiczna nawierzchnia (te opowieści o ukraińskich drogach nie są wcale przesadzone!).

Ostatnie chwile przed startem.

Miałem robić pierwszy zakres. Najlepiej gdybym cały maraton przebiegł równo po 4:30, ale na takich górkach o to ciężko. Wychodzą spore rozbieżności. Trasa nie należy również do najładniejszych. Aż dziesięć kilometrów (z agrafką) na każdej pętli biegniemy szerokimi alejami Tarasa Szewczenki i ich przedłużeniem. Po drodze sporo pozostałości po dawnym systemie.

Wiecznie żywy...

Mijam zoo, muzeum wojska, wielkie blokowiska z płyty (na które szyderczo/?/ mawia się „carskie sioło”) i pomnik do którego pozował młody Krawczuk (późniejszy prezydent Ukrainy) - Ten odcinek z agrafką od trzeciego do trzynastego i potem od dwudziestego trzeciego do  trzydziestego trzeciego kilometra to zdecydowanie najbrzydsza cześć trasy.

Brukowany odcinek maratonu.

Opuszczając aleje Szewczenki, wbiegam na dawną ulicę Czerwonoarmijską, a potem na Stadion Olimpijski!

Niezapomniane przeżycie...

Miejsce gdzie były rozgrywane mecze piłkarskie podczas Igrzysk Olimpijskich’80 i finał Euro2012. Stadion zdecydowanie korzystniej wypada na żywo. Na drugim okrążeniu nie wytrzymuję i skaczę przez barierki na murawę…  Emocje, kiedy gonią mnie milicjanci (bezcenne) i  mam je pewnie niczym David Silva strzelający pierwszą bramkę w finale z Włochami:)

Pomnik - do którego pozował późniejszy prezydent Ukrainy.

Dalej już po ścisłym centrum. Dużo kostki. Ciągle jeszcze w odróżnieniu do Polski widać pozostałości po Euro2012 (autobusy wyklejone barwami turnieju i plakaty na słupach…). Po za tym z każdej strony pamiątki socrealizmu. Mijamy pomnik Lenina, nawrotka na Palcu Niepodległości – tutaj w końcu spore grupy kibiców. Na pozostałej trasie maratonu (z wyjątkiem strefy start/meta i głównych placów Kijowa) biegnę zupełnie bez dopingu…

Ostatnie metry maratonu.

Ostatnie kilometry. Coraz bliżej celu. Odzywa się achilles. Rezygnuję ze zrobienia ostatniej dychy po 3:40 w tempie na Skopje - oby bez kontuzji… W końcu najważniejsze bieganie ma być za dwa tygodnie.  Mijam Złotą Bramę (miejsce o które wbrew legendzie, nigdy nie uderzył szczerbiec Bolesława Chrobrego) i dalej po bruku na Plac Sofijski. Po lewej główna świątynia miasta z dzwonnicą, a dalej pomnik Bohdana Chmielnickiego. Witają mnie tłumy kibiców. Ostatnie pięćset metrów przez kolejne bramy głównych sponsorów, a w tle kopuły Monastyru Św. Michała. Jeden z moich najładniejszych finisz-y(ów?)!

Meta:)

Wychodzi 3:18:06 – a więc zgodnie z założeniem. Dostaję na mecie medal i wieniec laurowy i skąpany w słońcu pozostaję w strefie dla biegaczy. Na tym tle maraton nie odbiega niczym od polskich biegów. Można posilić się dokładnie tym wszystkim, co u nas. Spod pomnika Księżnej Olgi  obserwuję wbiegających, opycham się słodkimi maratońskimi jabłkami i czekam aż skończy się msza w pobliskiej cerkwi, aby wejść do środka i zobaczyć jej wnętrza. 

Perfekt;)

Potem zapuszczam się na organizowany obok regionalny targ i poczęstunek: wyroby z pasieki, ciasta , nalewki –  i wystarczy! Resztę tylko oglądam, bo przy takiej temperaturze to może się źle skończyć…

Plac Sofijski - obok monumentu Bohdana Chmielnickiego.

Do hostelu wracam przez Plac Sofijski. Pełno tutaj gitar i muzyków a’capella (odbywają się eliminacje do ukraińskiego x-factora). Zmiana planów…  No nie, nie będę startował (choć przez chwilę przelatuję taka myśl), ale przynajmniej zostanę i posłucham na żywo…

Julia Forever!

Poniedziałek. Ostatni dzień w Kijowie.  Rano w planach zakupy do domu w hali targowej „Besarabka”, zwiedzanie Cerkwi Sofijskiej, a potem na kijowski Montmartre…  Wcześniej jeszcze spacer ulicą Dziesięcinną (kiedyś Ofiar Rewolucji, a potem Bohaterów Rewolucji…:/). Ciągnąca się wzdłuż krętych, ostro wznoszących się uliczek i schodów dzielnica jest rajem dla lokalnych artystów i wg mnie najpiękniejszym zakątkiem w mieście. Pełno tutaj straganów ze starociami, malarzy sprzedających swoje obrazy itd. Schodząc niżej docieram do Placu Kontraktowego. Korzystam z okazji i  wsiadam w wagon jednej z pierwszych elektrycznych linii tramwajowych na świecie!

Na kijowskim Montmartrze.

Potem coś zamiast… Na osłodę… Nie będzie strefy śmierci live, więc jest Muzeum Czarnobyla. To nie to samo, ale jednak chyba warto.

Instalacja w Muzeum Czarnobyla.

Koleją linowo-zębatą wracam znad Dniepru na górne miasto. Przede mną ostatni punkt do zobaczenia: Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Muzeum znajduje się w południowej części miasta, na rozległych terenach jakiegoś dużego parku. Dojeżdżam tam metrem. Robię jeszcze przesiadkę tak aby zobaczyć stadion Dynama Kijów i najgłębiej położoną na świecie stację metra Arsenalna - 102metry pod ziemią (podróż ruchomymi schodami na dół trwa kilka minut).

Zjazd do najgłębiej położonej stacji metra na świecie!

Muzeum poświęcone jest ofiarom wojny domowej i znajduje się w cokole ogromnego monumentu Matki Ojczyzny.  Wg różnych źródeł z głodu w tym okresie zginęło pięć-dziesięć milionów Ukraińców – nieźle! Wychodząc na zewnątrz dostrzec można symbol Kijowa – złote kopuły Ławry Peczerskiej. Obraz - jak na widokówce, ale nie tym razem. Nie dam rady (choć kusi…).

Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Wracając po bagaż bocznymi ulicami gryzie widok stojących na chodnikach aut. Obok starych ład, wołg i zaporożców najnowsze modele bentleya i maserati:/ I do tego jeszcze plakaty Gerarda Gerardiejewicza Depardieu – nowego wschodniego celebryty…

Czy to reklama banku, czy stwierdzenie faktu ile znaczy nad Sekwaną...?

Ze stacji Teatralna (gdzie ściany zdobią cytaty z dzieł Lenina)  docieram na Główny Dworzec Kolejowy Kijowa. Kupuję tam jeszcze na pamiątkę dziennik Siewodnię ze swoim zdjęciem z maratonu na stronach sportowych:)  i  wracam na lotnisko.

Zabytkowa hala główna Dworca Kolejowego.

Późnym wieczorem pełen wrażeń docieram do domu. Jest tyle do opowiedzenia… W tym jedno  na pewno: to  nie był kijowy wypad…

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 
 
 
 
       
       
       

 

2:47:35

TAM GDZIE SKOPJE MNIE WIATR...
 

Czas najwyższy poprawić klubowy rekord Byledobieców w maratonie - taki cel przyświecał moim planom biegowym na wiosnę A.D.2013. Rekord z brodą, bo ustanowiony w 2009 roku - dłużej trwają już chyba tylko rekordy Michaela Johnsona na 400m i Kenenisy Bekele na 10km:) Pomyślałem, że warto byłoby się z nim zmierzyć tym bardziej, że co sezon - dwa pada rekord świata w męskim maratonie. Wynik do pobicia 2:39:29, a jeśli rekordowe osiągnięcie należy do Alexa, to nie ma lepszego miejsca na to, niż Macedonia (matecznik innego sławnego Aleksandra) i maraton w Skopje.

Pomnik Aleksandra Macedońskiego.

Jak zwykle przed zakupem przewodnika i szukaniem informacji w innych źródłach wziąłem kartkę papieru i zacząłem wypisywać to co kojarzy mi się z krajem do którego mam wkrótce jechać: oczywiście Matka Teresa (która po za Kalkutą i Skopje, czyli  jej miejscem urodzenia już zawsze będzie mi się kojarzyć z inną wielką postacią XX wieku - Księżną Dianą. Obie zmarły w odstępie tygodnia, a pogrzeb Lady D przyćmił odejście tej drugiej…). Ale z Macedonią kojarzy mi się również: Aleksander Macedoński, rzeka Wardar, trzęsienia ziemi, góry, a także kluby piłkarskie Wardar Skopje i Pobeda Prilep Vitaminka:), nazwiska z końcówkami -vski oraz „kocioł bałkański”, czyli zawiłe relacje między wymieszanymi na tym obszarze nacjami Macedończyków, Albańczyków, Serbów, Kosowian, Greków i Bułgarów. Po za tym sporo wiedziałem ogólnie o historii tego rejonu, głównie w książek Roberta Kaplana, który pisze świetne reportaże z tej części świata. Cztery miesiące treningów, organizacja wyjazdu, coraz mniejsze problemy z Achillesem, po drodze nieudana połówka w Warszawie i w końcu ostatnie sprawdzone 8 tygodni BPS-u. Na dwa weekendy przed jeszcze treningowo Kijów i zrzucanie ostatnich resztek balastu (w sumie od sylwestra tracę 14,3kg). Wychodzą ostatnie kluczowe treningi. Nogi są na tak, szukam tylko jeszcze potwierdzenia w głowie... i podejmuję decyzję na ile będę biegł. Dodatkowa nagroda za ciężkie treningi już czeka na mnie na Narodowym - koncert Paula MacCartneya! Let it be...

Obok pomnika najsławniejszej mieszkanki Skopje.

Wchodzę w ostatni tydzień przygotowań. W domu remont, a tu trzeba się regenerować. Gdzieś sauna, gdzieś lekkie wybieganie, gdzieś między kuchnią a pokojem solanka i dieta białkowa do tego. W środę ostatni trening na bieżni mechanicznej. A w piątek same węglowodany, duuuuużo wody, bilet do ręki i w drogę! Na Skopje! Przez Wiedeń, jak Sobieski - a co...! Mam nadzieję, że nikt mnie tylko nie SKOPJE...

Na lotnisku w Wiedniu.

Bez przeszkód dolatuję do Wiednia. Noc na lotnisku w Austrii upływa na lekturze Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. Opracowuję także ostatnie wskazówki zwiedzania. Rano w samolot. Lecę razem z Chrisem - Austriakiem, który jest menagerem sportowym i jego zawodnikami z Kenii. Przekonuje mnie, że mam szansę na pierwszą dziesiątkę, bo w elicie będzie pięciu Kenijczyków i na podobnym do mojego poziomie: Węgrzy, Macedończycy i elita kobiet.

Caroline, Elisha, Chris i Ja w hali odlotów na wiedeńskim lotnisku.

Lądujemy w Skopje. Chcę się zabrać z nimi do miasta, bo przyjeżdża po nich ktoś z biura maratonu. Niestety, auto jest za małe i muszę poszukać innego środka transportu. Taxi - 15Euro, no way! Autobusy są tanie, ale następny kurs za 1,5 godziny. Nie chcę mi się tyle czekać. Zagaduję spotkaną grupkę. Ok. Wsiadaj! To paczka ze Stanów z Wermont, którzy również przyjechali specjalnie na maraton, a w zasadzie jedna osoba - bo reszta to support. Wynajmują dziewięcioosobowego vana i mają wolne miejsce.

Z przodu kierownik auta i maratończyk, z lewej Hannah.

Gadamy o sobie i o jutrzejszym biegu. Wymieniamy się kontaktami. Po 20 minutach jesteśmy w samym centrum na Placu Macedonia - tuż przy biurze maratonu. Postanawiam najpierw jednak zalogować się w hostelu i zrobić zakupy w pobliskim markecie. W pokoju trzy osoby na maraton - super! Serb - biegnie na cztery godziny, Amerykanin - jutro jego debiut na królewskim dystansie (wygląda jak gorsza wersja Shaquille O'Neal-a) i Ja - majacy po raz czterdziesty drugi zmierzyć się z tym dystansem. Szybka kąpiel, makaron i po pakiet.

Plac Macedonia.

Biuro mieści się w piętrowym czerwonym autobusie, takim samym jakich wiele jeździ po Londynie i... Skopje. Biorę to jako dobrą monetę przed październikowym losowaniem do Londynu. Do trzech razy sztuka - może tym razem się uda... Obok ekipa organizuję strefę mety na jutrzejszy maraton, półmaraton i bieg na pięć kilometrów. Klika namiotów od sponsorów. Są słabo wyposażone, więc szybko przechodzę do biura. Odbieram pakiet. W środku koszulka XXL, tzn. wg metki wszystko jest ok - jak byk napisane że eska, czyli taką jak zamawiałem przy rejestracji. Pytam o mniejsze, ale iksesek nie mają:( Po za tym w pakiecie: gruby folder informacyjny, woda, jakieś ulotki po macedońsku i obfity talon do wykorzystania u Donalda. Spoglądam na swój numer. Czuję, że wytwarza się niepowtarzalna aura wokół mnie. Mam ciarki na rękach... A imię moje będzie jutro czterdzieści i cztery!

Jestem dokładnie w miejscu gdzie stał kiedyś dom Matki Teresy z Kalkuty.

Czas poznać miasto! Centrum. Pierwsze wrażenia: mnóstwo pomników na bardzo małej przestrzeni. Są wszędzie i są ogromne i puste w środku! Ale z daleka wyglądają, jakby były zrobione z najdroższych materiałów. Dominujący styl zabudowy: późny Gierek, ale narzuca mi się również porównanie do Bukaresztu Ceausescu. Chociaż nie, przesadziłem - jego nikt nie przebije, w końcu wykopał nawet rzekę przez środek miasta!

Pozostałości po wielki trzęsieniu ziemi z 1963 roku.

Należy pamiętać, ze duży wpływ na to jak obecnie wygląda znaczna część stolicy miało trzęsienie ziemi z 1963 roku i... Polacy, którzy wygrali konkurs na odbudowę miasta. Dosyć. Uciekam przez Kamienny Most (symbol miasta) na drugą stronę Wardaru do muzułmańskiej części Skopje.

Razem z Imamem w meczecie Murata Paszy.

Zatapiam się w wąskich uliczkach Carsiji. Stare miasto jest magiczne, cudowne, piękne. Bazary, kawiarenki, meczety, tawerny, czerwona dachówka, brukowane zakątki, egzotyczne zapachy. Pierwszy raz stykam się, aż w takim stopniu z kulturą muzułmańską. Jestem w swoim żywiole. Zwiedzam kolejne interesujące miejsca, m.in. wchodzę do meczetu Murata Paszy na zaproszenie Hodży, który oprowadza mnie po wnętrzach i próbuje na szybko wytłumaczyć sens ich wiary i podstawowe różnice, które dzielą ich od dwóch innych wielkich religii. Niestety, czas leci i musimy się pożegnać, gdyż za chwilę wejdzie na wieżę i zwoła wiernych na modlitwę. Otwieram Koran... i czekam na apel Imama. Znowu mam ciarki... Schodzą się pierwsi wierni i na dywanikach zaczynają modlitwę. Przyglądam się, ale wiem, że muszę i powinienem już wyjść. Super przeżycie!

Klimaty Starego Miasta.

Plądruje kolejne ciekawe zakątki, targowisko Bit Bazar, Twierdze Kale, meczety: Alidża Dżamija, Hjunkar Dżamija, Muustafa Paszy. Robi się późno i postanawiam przed powrotem odpocząć na urokliwym placu Kapan An. Zamawiam tawcze-grawcze, na deser kawałek baklawy i wracam przed dwudziestą drugą do hostelu. Po drodze mijam jeszcze tawerny pełne muzułmańskich kibiców oglądających derby Stambułu: Galatasaray - Fenerbahce. Jeszcze tylko ostatnia porcja makaronu i znowu łyk wody z butelki, z którą nie rozstaje się przez cały dzień. Sprawdzam pogodę na jutro i około północy zasypiam.

Stare Miasto.

Pobudka standardowo trzy godziny przed startem, prysznic, gofry z dżemem, woda, witaminy i kawałek czekolady. Jeszcze tylko stałe rytuały i ruszam w miasto w stroju biegowym na przedstartową sesję zdjęciową:) W nocy zmieniła się pogoda, padał deszcz i po sobotnim upale zrobiło się chłodniej i zaczął wiać mocny wiatr - czyli coś czego najbardziej nie lubię w bieganiu...

Kamienny most.
Pół godziny do startu. Już po rozgrzewce. Chowam się gdzieś w rogu i szukam koncentracji. Mam zakodowane. Ma być równo po 3:40. Co osiem kilometrów żel i co pół godziny tabletki na skurcze. I tak przez 2 godziny i 35 minut...
Koncentracja przed startem.

Naładowany energią wychodzę z cienia i udaje się na start. Zaczepia mnie Chris - życzy powodzenia, a po chwili jestem w środku jakiegoś zamieszania. Jesteś z Polski? Specjalnie na bieg? Nie żartuj... To "polski kontyngent" z KWOR-u. Przyjechali tutaj z Kosowa i będą biec w półmaratonie i na 5 kilometrów. W sumie ponad 40 osób. Proszę o wsparcie na trasie i doping.

Polski kontyngent.

Sporym zainteresowaniem wszystkich dookoła mnie cieszy się jakaś śliczna dziewczyna… Kamery, aparaty fotograficzne, mnóstwo gapiów… Okazuję się, że to taka macedońska Anja Rubik – sławna modelka, która będzie biegła na jakimś krótszym  dystansie i której zdjęcia z tego biegu będą na pierwszych stronach wszystkich jutrzejszych dzienników.

Katarina Ivanovska - macedońska Anja Rubik

Ustawiam się na starcie. Pierwsza linia. Moment dla fotoreporterów i ruszamy sprzed Bramy Triumfalnej (taki macedoński Łuk Triumfalny).

Wspólny start maratonu i półmaratonu.

Co ciekawe większość na starcie stanowią obcokrajowcy! Biegniemy w wąskiej zabudowie. Wychodzi równo po 3:40. Drugi i trzeci również. Wybiegamy z centrum szerokimi alejami. Wzmaga się wiatr i każdy następny kilometr mimo próby utrzymania tempa kosztuje mnie coraz więcej. Na dziesiątym kilometrze mam stratę 15 sekund na docelowe 2:34:59 na mecie. Od paru kilometrów staram się biec razem z Aleksandarem - Macedończykiem. Niestety silny wiatr sprawia, że co chwilę któryś z nas zostaje z tyłu. Zdecydowanie spada tempo i wiem, że na pewno nie dam rady dzisiaj przy takim wietrze zrobić tego co sobie założyłem. Na agrafce liczę osoby przede mną. Jestem tuż za pierwszą dziesiątką. A gdy zawracam, z przeciwnej strony głośny doping grupy polskich żołnierzy dodaje mi po raz kolejny sił. Po następnych kilometrach, które robię po 3:45-3:50 uciekam ostatecznie Aleksandarowi, który tego dnia zdobędzie tytuł wicemistrza Macedonii w maratonie. Na półmetku jestem już w pierwszej dziesiątce. Warunki się nie zmieniają. Nadal mocno wieje, a do tego przelotny deszcz - dobrze bo temperatura już powyżej dwudziestki. Zaczynamy drugą pętle. Zdecydowanie nie biegnę już na czas, a bardziej na miejsce. Dlatego kolejne kilometry wychodzą bardzo różnie. Od 3:40 do nawet 4:15... Doganiam kolejnych dwóch zawodników, a przed sobą widzę słabnącego jeszcze Kenijczyka. Nawet nie próbuje się do mnie podczepić - wiem, że kompletnie odcięło mu zasilanie... (zejdzie z trasy parę kilometrów dalej). Od półmetka nie korzystam z żeli i tabletek, które mam ze sobą. Jedynie woda na punktach. Przed trzydziestym kilometrem mija mnie oficjalny samochód maratonu i cały czas jest jakieś dziesięć metrów przede mną. O co chodzi? Odpowiedź przychodzi dość szybko z tyłu. To Caroline - zawodniczka Chrisa i druga Kenijka walczą o zwycięstwo. Postanawiam biec razem z nimi, ale One wyraźnie są z tego nie zadowolone i szarpią: dwieście metrów szybko - trzysta metrów wolno. Dwieście szybko - trzysta wolno... Masakra. Ledwo żyję! Wpadam na genialny pomysł. Zrobię dokładnie to samo, tylko, że wcześniej niż One. Odchodzę na dziesięć-dwadzieścia metrów i zwalniam. Doganiają mnie, ale gdy próbują wyjść przede mnie - powtarzam manewr i tak przez kolejne minuty... Na dwa kilometry przed metą mam już kilkudziesięciometrową przewagę nad Kenijkami, ale nie mam siły na to żeby trzymać tempo i dochodzi mnie Caroline. Ustawiam się za Nią, próbuję odpocząć i zebrać siły na końcówkę...

Za chwilę decydujący atak - Caroline już nie odpowie. W tle punkt odżywczy na 40 kilometrze.

Przechodzę do przodu i na ostrej nawrotce do centrum zaczynam próbę szybszego biegu... Caroline w ogóle nie odpowiada i w parę chwil zupełnie jej uciekam. Jeszcze tylko małe problemy z samochodem organizatorów, który się kompletnie pogubił i czekając na Kenijkę po prostu stanął na linii mojego biegu. Ostatnie pół kilometra to długa prosta aż do mety. Znowu pod wiatr... Co chwilę się oglądam. Jeszcze tylko trzysta metrów... dwieście... Przebiegam pod Łukiem Triumfalnym. Po prawej stronie głośny doping Polaków z KWOR-u. To będzie mój najwolniejszy kilometr maratonu. Zrobię go w 4:21... Wystarczy żeby się obronić i zająć 6 miejsce w generalce! Miejsce najlepsze w "karierze" - brał bym je w ciemno przed biegiem. Przede mną tylko trzech Kenijczyków i dwóch Węgrów. Za mną medaliści Mistrzostw Macedonii w Maratonie - osoby, które za trzy lata pewnie pojadą na Igrzyska Olimpijskie do Rio de Janeiro... Czas 2:47:36. Trzeci w życiu i najlepszy z dotychczasowych po za granicami Polski, ale grubo poniżej oczekiwań... Dlatego nie otwieram szampana, którego przywiozłem z Polski i którego miałem w depozycie przy mecie maratonu... Otworzę go w sierpniu...

Finisz. W tle Brama Triumfalna.

Puszczają emocje... Medal i gratulacje kolejno od: Chrisa, który wyczekuję swojej zawodniczki, Dyrektor Maratonu - która informuję mnie również o nagrodzie jaką zdobyłem, ekipy z polskiego kontyngentu z Kosowa i Hannah, która z przyjaciółmi wypatruje swojego maratończyka. Spędzam dużo czasu w strefie mety.

Moje pięć minut.

Obserwuję wpadających kolejno zawodników i uzupełniam kalorie. Potem idę na oficjalną dekorację zwycięzców i następnie pod pomnik Aleksandra Macedońskiego. W tle bałkańska muzyka i mnóstwo bezdomnych dzieci (uchodźców z Kosowa), które zrezygnowały z plądrowania tego dnia śmietników i polują na pobiegowe pakiety biegaczy. Są jak muchy! Oddaję swoje owoce i wracam do hostelu.

Plac Macedonia.

Długi gorący prysznic, potem burek z mikrofali, gorąca czekolada i na zakupy. Kupuję parę czerwonych win, z których słynie Macedonia i piwo. W drodze powrotnej jeszcze MacDonald, gdzie miałem kupony do wykorzystania. Zostawiam w hostelu zakupy i postanawiam ostatni wieczór spędzić w okolicach Kamiennego Mostu i starej dzielnicy Carkija.

Dzieci wojny.

Wracając na ostatnią noc do hotelu przeglądam poniedziałkową prasę. Jestem zaskoczony, że wszystkie największe krajowe tytuły są już dostępne od teraz. Odnajduję się w dwóch głównych dziennikach i oczywiście kupuję je na pamiątkę. Będą leżeć obok Timesa, The Sun i innych...:) Jeszcze tylko szybki przepak, trochę dzielenia się wrażeniami z pobytu i z maratonu z innymi turystami z hostelu i spać.

W tle kopuły Łaźni Daut Paszy.

Na lotnisku jestem na trzy godziny przed odlotem. Poznaję Marco z Włoch, który również biegł w maratonie. Zaprasza mnie na burek z jogurtem. Okazuje się, że był to jego setny maraton w życiu! Biegł maraton między innymi w ubiegłym roku w Warszawie - tak jak ja i do tego ma takie samo marzenie: chce przebiec maratony we wszystkich stolicach europejskich państw... Dostaje parę ważnych wskazówek, z czego za jedną jestem szczególnie wdzięczny:) Ale o tym nie teraz... Umawiamy się na wspólny bieg jeszcze w tym roku w którejś ze stolic. I musimy się pożegnać, bo jego samolot odlatuje pół godziny przed moim.

Razem z Marco na lotnisku im. Aleksandra Wielkiego.

Do Wiednia lecę w biegowym towarzystwie:)

Obok mnie pierwszoplanowe gwiazdy skopijskiego maratonu.

W domu jestem późnym wieczorem. Dostaję trochę gratulacji za miejsce i wynik. Biorę do ręki medal - w końcu czas go obejrzeć... I zasypiam.

P.S. Po biegu inaczej odczytuję swój numer startowy. Ale ja zawsze słabo wypadałem na polskim w analizie…